Gdzie widzi się pani za pięć lat?
Że usłyszę takie pytanie, wmawiali mi już od czasu gimnazjum. Mijały lata, dorosłam, przeżyłam trochę rozmów o pracę i w praktyce usłyszałam je dwa, może maksymalnie trzy razy. Nie wiem, może to kwestia branży, może zmiana realiów albo może zwyczajnie odbyłam zbyt mało rozmów o pracę. Ale nawet kiedy to pytanie padało rzadko, trudno było mi znaleźć jakąś sensowną odpowiedź. Co miałbym powiedzieć, że wydaje mi się, że będę dalej na stanowisku, o którym rozmawiamy? Taka jest prawidłowa odpowiedź w tym teście? Czy właśnie chodzi o coś innego, powinnam snuć wizję przyszłego awansu i błyskotliwego rozwoju kariery, żeby sprawiać wrażenie osoby ambitnej?
Gdyby takie pytanie padło teraz…
Czy powiedziałabym, że pewnie żyłabym w bunkrze pod wyjałowioną przez ocieplenie klimatu i degradację środowiska pustynią, czekając na noc, abym mogła względnie komfortowo wyjść na powierzchnię, walczyć z innymi ocalałymi o resztki pożywienia i wody? Albo w schronie o ołowianych ścianach, chroniącym przed promieniowaniem uwolnionym wskutek awarii elektrowni jądrowej albo wojny nuklearnej? Powinnam się cieszyć, że w Polsce nie ma elektrowni jądrowych i raczej nie pojawią się w najbliższej przyszłości? No to zostaje ten węgiel…
Nie jestem w stanie przewidywać, co może wydarzyć się kilka lat naprzód. Gdyby trzy lata temu ktoś powiedział o pandemii koronawirusa, która wywróci cywilizowany świat do góry nogami na dwa lata, uznałabym, że ten człowiek oszalał. Albo pół roku temu, jakby ktoś powiedział, że Rosja tak po prostu zaatakuje neutralne niepodległe państwo tylko dlatego, że istnieje… Żyjemy w ciekawych czasach, jak w tym popularnym przekleństwie.
I wbrew pozorom własnych działań – i przede wszystkim ich pośrednich konsekwencji – także nie umiem przewidywać. Pięć lat temu byłam święcie przekonana, że moje życie na zawsze będzie związane z biochemią i pracą w laboratorium. To były moje marzenia od dzieciństwa i nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym ostatecznie zostać informatykiem. Jak widać, nawet tak długo i konsekwentnie pielęgnowane życiowe plany mogą ulec nieoczekiwanej zmianie. A kiedy już związałam się z branżą IT, przez jakiś czas nadal bawili mnie bardziej doświadczeni znajomi, którzy używali szyfrowania dysków, kluczy GPG i bezpiecznych komunikatorów. No cóż, obecnie jestem największym paranoikiem z nich wszystkich i śpię z kluczem szyfrującym na łańcuszku na szyi. Okazuje się więc, że albo nie znam do końca samej siebie, albo po prostu mogę się zmieniać. Nawet jeśli tego nie planuję. A na moje decyzje mogą jeszcze nieoczekiwanie wpłynąć zewnętrzne czynniki całkowicie poza moją kontrolą.
Może tak na wszelki wypadek powinnam zacząć kopać tunele swojego przyszłego bunkra? Właśnie dlatego, że nie wiem, co się wydarzy. Na wszystkich pogadankach o zmianach klimatu mówią, że prawdziwa katastrofa nastąpi nie za kilka, ale za kilkadziesiąt lat. Tylko co jeśli środowisko zrobi nam niemiłą niespodziankę?
PS. Nie jestem przeciwnikiem elektrowni atomowych. Po prostu nie ufam politykom i instytucjom w tym kraju, że zrobiliby to dobrze.
