Pamiętnik z odwyku

Ze względu na swój dobrostan psychiczny postanowiłam na czas nieokreślony odstawić kofeinę, w postaci dowolnej.

Ale jak to?? Przecież ty nie pijesz kawy! A herbatę może kilka razy w roku…

Owszem, ale w ostatnich miesiącach piłam colę w takich ilościach i tak często jak chyba nigdy w życiu. Włączając w to specjalną wersję według autorskiej receptury Warszawskiego Hackerspace’u, mocniejszą niż ta zwykła z marketu, i której twórcy raczej nie przewidywali, że będzie tak namiętnie spożywana przez osobę z zerową tolerancją na kofeinę. I jakby tego było mało, w tym samym okresie pijałam yerbę, średnio co drugi dzień.
To się nie mogło skończyć dobrze.

Moje samopoczucie posypało się w momencie kiedy przez kilka dni nie spożywałam kofeiny w żadnej postaci i jednocześnie w otoczeniu pojawiło się kilka losowych, obiektywnie drobnych, stresujących czynników. Z dnia na dzień nieoczekiwanie weszłam w stan przypominający upiorny bad trip po substancjach psychoaktywnych. Wszystkie negatywne myśli na własny temat i złe wspomnienia z co najmniej dziesięciu lat nagle wypłynęły z podświadomości na powierzchnię. Czułam się, jakby prawie fizycznie miażdżyło mnie to i dusiło. Nie umiałam stwierdzić, co się działo w mojej głowie ani dlaczego nastąpiło to akurat w tym konkretnym momencie. Szukałam konkretnego momentu albo wydarzenia, które wywołało tę lawinę. Zastanawiałam się, czy to początek epizodu depresji.

Po kilku dniach okropnego mentalnego stanu pojawiły się objawy fizyczne. Naprzemiennie występujące fale senności i słabości, kiedy miałam wrażenie, że mogę stracić władzę w nogach i upaść. W innych momentach nie potrafiłam się skoncentrować i siedzieć w miejscu, musiałam szybkim krokiem krążyć po pokoju, miałam też przy tym mdłości jak przy oczekiwaniu na bardzo stresujące wydarzenie.

Mniej więcej w tym czasie zasugerowano mi, że te objawy mogą mieć coś wspólnego z odstawieniem kofeiny. Wtedy zaczęłam robić rachunek sumienia z ostatnich trzech miesięcy i byłam w lekkim szoku, kiedy zorientowałam się, ile tego faktycznie spożywałam. Przypomniałam sobie czasy szkolne, kiedy regularnie piłam napoje energetyczne – i dlaczego wtedy w którymś momencie przestałam.

17 sierpnia postanowiłam, że teraz też muszę to dla swojego dobra skończyć. Na początek poprzez całkowite odstawienie produktów zawierających kofeinę. Bez określonej z góry daty końcowej.

Stan najgorszego paraliżującego przygnębienia trwał ponad tydzień. Wtedy już nie spożywałam kofeiny, ostatni raz miałam piłam jakieś śladowe ilości yerby 13 sierpnia, mniej więcej na początku całego tego epizodu. Z czasem objawy faktycznie zaczęły samoistnie ustępować. Obecnie jestem już w dużo lepszym stanie niż wtedy.

Już na obecnym etapie abstynencji zdążyłam mimowolnie zaobserwować niezbyt pozytywne zjawisko. Alkoholu za bardzo nie mogę pić od około pięciu lat, słodzonych rzeczy staram się unikać, ponieważ ilości cukru jakie dodają do napojów producenci są zwyczajnie niezdrowe. Jeśli teraz do czarnej listy dopisuję napoje z kofeiną, nagle okazuje się, że poza wodą praktycznie nie mam co pić. Prawie wszystko, z czego teoretycznie mogę wybierać zawiera alkohol, kofeinę albo kilogramy cukru. I tak piję dużo wody mineralnej, ale byłoby miło, gdyby istniały jakieś nieszkodliwe alternatywy dla odmiany. Nawet kiedyś miałam nadzieję, że ten bezsensowny podatek od cukru przyczyni się do powstania mniej słodzonych wersji niektórych produktów. Do tej pory słyszałam tylko pogłoskę na temat jednego producenta, który coś takiego wprowadził, a przynajmniej zamierzał.

Na razie nie mam nawet ochoty na kofeinę, nie czuję, żeby czegoś nagle mi “brakowało”. Pogoda też ułatwia sprawę. Kiedy skończyły się upały, pragnienie nie powoduje już, że pierwszą, niemal automatyczną myślą jest sięgnięcie po zimną colę.