Dlaczego nie chcę zostać profesjonalnym grafikiem
…poza tym, że przynajmniej na razie nie jestem tak dobra jak profesjonaliści i nie potrafiłabym zagwarantować przewidywalnej jakości swoich prac.
Rysować zaczęłam w latach szkolnych, ale nie robiłam tego regularnie. Raczej wyrywkowo, od czasu do czasu, kiedy akurat miałam w głowie myśl albo ideę, którą najlepiej było mi wyrazić akurat w taki sposób. Kiedy studiowałam, rysowałam jeszcze rzadziej, trochę zmieniło się to w 2016, kiedy zaczęłam śledzić kilka internetowych komiksów o programistach, ale bardziej serio zaczęłam to traktować w 2019. Wtedy akurat miałam wokół siebie mnóstwo źródeł przypadkowej inspiracji, hermetycznych żartów wśród znajomych albo sytuacji, które aż prosiły się o satyrę. W 2020 odważyłam się wreszcie przejść z kartek i długopisu na tablet graficzny. Próbując opanować nowe narzędzie, siłą rzeczy zaczęłam tworzyć dużo częściej.
Jakiś czas temu policzyłam, że w ciągu około dwóch lat rysowałam średnio co drugi dzień. Ale robiłam to z własnej woli, dlatego że chciałam, w momencie, kiedy akurat miałam odpowiedni nastrój do tego. Nie chciałabym zamieniać tego na tworzenie na zamówienie z wyznaczonym terminem, z deadline, jak w pracy dla korporacji. Zamiast przyjemności i zabawy miałabym harówkę na której nawet szczególnie bym się nie dorobiła. W ten sposób bardzo szybko straciłabym jakiekolwiek zamiłowanie do rysowania i traktowałabym to jako kolejny męczący obowiązek.
Raczej nie zarabiałabym na tym kokosów, o ile nie tworzyłabym naprawdę wybitnych dzieł. Statystycznie mam na to znikome szanse. Dorabianie w ten sposób raczej nie podniosłoby mi szczególnie jakości życia, nie w stopniu, który bym w ogóle odczuła. Odczułabym za to stres i wypalenie po utracie kiedyś przyjemnego hobby.
Nie mogłabym liczyć na wielką sławę, bo to także zdarza się bardzo rzadko. Za to bardzo łatwo jest mi wyobrazić sobie sytuację, w której, bezskutecznie próbując się wybić, zaczęłabym karać, krytykować i zadręczać samą siebie poczuciem winy, że coś robię nie tak. Byłabym coraz bardziej sfrustrowana i zła na siebie za niemożność osiągnięcia sukcesu. Nie mam ochoty robić tego ze swoim poczuciem wartości i zdrowiem psychicznym, zwłaszcza, że świat i tak na każdym kroku wpędza w depresję i czarne myśli.
Żeby się wypromować musiałabym też pewnie mieć konta na korporacyjnych mediach społecznościowych, których serdecznie nienawidzę. Poza wyciekiem własnych informacji wspierałabym ten parszywy biznes śledzenia, zbierania danych i manipulowania ludzi reklamami. Zapewniałabym darmowe treści i zaangażowanie molochom z Doliny Krzemowej po to, żeby stado inwestorów, akcjonariuszy czy innych oligarchów mogło się wzbogacać jeszcze bardziej. Potem jeszcze zapewne obcięliby mi widoczność, albo żeby mnie skłonić do płacenia im za promowanie treści, albo dlatego, że zwyczajnie nie spodobałabym się algorytmom. A nie zamierzam naginać się do upodobań jakiegoś bezdusznego własnościowego oprogramowania.
A gdybym już nawet jakimś niepojętym cudem zarabiała więcej niż grosze, pewnie musiałabym założyć działalność gospodarczą. I odprowadzać od tego podatki. Na samą myśl aż w środku mnie skręca. Za nic w świecie nie chciałabym, żeby na mojej kreatywności, czymś wypływającym z mojego wnętrza, dorabiało się to antyludzkie państwo, ze swoją propagandą przeciwko mniejszościom, organizacjami fundamentalistycznych oszołomów, przekrętami, aferami i służalczością wobec watykańskiego zaborcy. To byłoby jak profanacja mojej, z braku lepszego słowa, duszy.
Podobnie splamiona czułabym się, gdybym na zamówienie musiała stworzyć coś promującego wartości, z którymi się nie zgadzam, czy wręcz aktywnie chcę walczyć. Rysując dla siebie, jeśli już coś bardziej lub mniej reklamuję, robię to szczerze, dlatego że coś faktycznie popieram. Nie muszę starać się nikomu przypodobać czy podlizać.
No i tam gdzie w grę wchodzą pieniądze, kończą się jakiekolwiek pozory anonimowości. Konta bankowe, dane do wpłat, rejestracja działalności, formularze… Prędzej czy później musiałabym ujawnić dane osobowe tym czy innym podmiotom, a tego wolałabym uniknąć. Wystarczy mi, że obecnie mnóstwo urzędów i instytucji ma za dużo informacji o obywatelach. Jakoś znoszę to w formalnych aspektach życia, ale w tych dotyczących życia prywatnego, hobby, wolnego czasu, tego, co ma dla mnie znaczenie emocjonalne, nie zamierzam się na to zgadzać.
Mam świadomość, że gdybym zdecydowała się zostać profesjonalnym grafikiem, miałabym dużo więcej strat niż zysków, w aspekcie prywatności, autentyczności i spokoju ducha. Być może tak właśnie wyglądają te słynne straty moralne, za które czasem ktoś domaga się odszkodowania.