Kluska leniwa próbuje budzić się z zimowego snu

Wiosną 2019 roku pierwszy raz celowo, i przede wszystkim systematycznie, zaczęłam pracować nad swoją fizyczną kondycją. Zwyczajnie zauważyłam, że praca biurowa nie sprzyja zachowaniu dobrej formy, zamierzałam też poprawić wydolność, która odczuwalnie się pogorszyła wskutek przeszłych problemów zdrowotnych. Co drugi dzień przebiegałam 4 do 5 kilometrów, bo tyle akurat miała główna trasa przez najbliższy fragment lasu, w te pozostałe dni ćwiczyłam około 40 minut na siłowni plenerowej. W listopadzie, kiedy krótkie dni i niższe temperatury zmusiły mnie do wstrzymania treningów na zewnątrz, miałam już naprawdę dobrą kondycję, odczuwałam też znaczną poprawę psychicznego samopoczucia. W jakimś zakresie ćwiczyłam w domu, ale przede wszystkim planowałam wznowić trening z początkiem następnej wiosny.

Wiadomo, co nastąpiło później. Epidemia, okres lockdownu, a z nim, efektywnie znacznie dłuższy, czas pracy zdalnej. Nagle zniknęła konieczność codziennego kilometrowego biegu na stację podmiejskiego pociągu. Teoretycznie miałam więcej czasu po pracy, a dni stawały się dłuższe. Kilka razy próbowałam wrócić do biegania, ale nie potrafiłam narzucić sobie regularnego treningu. Towarzyszące mi przez kilka miesięcy silne poczucie derealizacji, wywołane wiadomościami z kraju i ze świata, utrudniało mi osiągnięcie odpowiedniego stanu mentalnego. Wyjazd z Warszawy, wbrew moim oczekiwaniom, także niewiele pomógł. Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że jakieś próby podejmowałam. Wielokrotnie.

Po powrocie do Warszawy jesienią 2021 przez jakiś czas pracowałam hybrydowo. Potem sytuacja epidemiologiczna się pogorszyła, wróciliśmy do pracy zdalnej i znowu większość czasu spędzałam siedząc przy biurku w pokoju. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że mi to nie służy, niemal fizycznie czułam potrzebę jakiejś aktywności. Czasem próbowałam gimnastyki, w wolne dni spacerowałam szybkim marszem. Zaczęłam szukać czegoś, co zmusi mnie do wysiłku i wreszcie miałam wrażenie że znalazłam.
Skakanka! Zdumiewające narzędzie treningowe, niewiarygodnie skuteczne w swojej prostocie!
Kolejne linki prowadziły do artykułów przypominających motywującą gadkę coachingową. W tym przypadku przynajmniej nie było naciągania na kosztowne inwestycje, w końcu skakankę można nabyć całkiem tanio. Pomyślałam, że nie zaszkodzi spróbować. Oceniając na oko wolną przestrzeń w moim pokoju, zamówiłam skakankę. Przesyłka dotarła po kilku dniach.

Na podstawie znalezionych w sieci danych ustaliłam, że powinnam zacząć od 5 minut dziennie i co tydzień wydłużać trening o minutę. Brzmiało rozsądnie, przynajmniej w teorii. Trochę martwiłam się, że zapomniałam jak to się robiło, w końcu po raz ostatni miałam do czynienia ze skakanką w szkole podstawowej, może na początku gimnazjum… Ostatecznie w razie potrzeby mogłabym nauczyć się na nowo.

Nadszedł czas na wprowadzenie mojego ambitnego planu w życie, wzięłam tę skakankę i zaczęłam skakać. Wychodziło mi, więc jednak pamiętałam. Tylko coś było bardzo nie tak! Dlaczego, do licha nie mogłam złapać oddechu? W połowie próby miałam wrażenie, że serce ucieknie mi przez gardło a pod koniec moje uda i łydki chyba chciały eksplodować. Na trzęsących się nogach dotarłam do fotela, na który padłam bez sił.
Nawet nie podejrzewałam, że aż tak bardzo straciłam formę. Przeskoczyłam łącznie 250, może 260 razy. Z całą pewnością 5 minut to nie było. Następnego dnia przy pomocy smartwatcha w dużym przybliżeniu oceniłam, że 100 skoków to mniej więcej 1 minuta i 40 sekund. Zdałam sobie sprawę, że przy mojej obecnej kondycji 5 minut ciągiem to cel raczej nieosiągalny. Cóż, chyba pozostaje mi trochę zmodyfikować harmonogram. Albo ćwiczyć każdego dnia do tymczasowej granicy możliwości, czekając aż ta granica się przesunie. Obecnie trudno mi wyobrazić sobie bardziej sensowny plan treningowy, a rezygnować w żadnym wypadku nie zamierzam.

Nie przeczę, że sama jestem sobie winna, ale okoliczności w ostatnim czasie nie sprzyjały aktywności. Zaczynam też doceniać lekcje wychowania fizycznego w szkole. W przeszłości nienawidziłam ich, ale z perspektywy czasu widzę, że miały sens i były potrzebne. Teraz pozostaje mi samodzielnie planować sobie podobne zajęcia. Koniec z bezproduktywnym trawieniem czasu przed komputerem!