Tomb Raider w 3D: wersja niskobudżetowa

O geocachingu pierwszy raz usłyszałam jesienią 2016 roku. Była to tylko krótka wzmianka, że istnieje takie coś, rodzaj gry terenowej, w której należy czegoś szukać. Padło coś, co trudno nazwać propozycją, że zbierze się mała grupka zainteresowanych i zaczniemy szukać. Ostatecznie na wzmiance wtedy się skończyło. Zbliżała się zima, później miałam liczne problemy, które na półtora roku praktycznie całkowicie mnie zaabsorbowały, był to również czas istotnych zmian w moim życiu. Naturalnie w takich okolicznościach łatwo zapomnieć raz zasłyszaną drobnostkę.

Drugi raz miałam z tym kontakt już w tym roku, na wakacyjnym zjeździe ze znajomymi z forum i-Sen, kiedy pojawił się temat zjazdów z dwóch poprzednich lat, w których mimo chęci nie miałam możliwości uczestniczyć. Okazało się, że grupa w jakimś stopniu wkręciła się w geocaching w 2017 roku i w miarę możliwości prowadzili poszukiwania w okolicach, w których się zatrzymali. Ostatniego dnia zjazdu wyruszyliśmy szukać skrytek, znaleźliśmy jedną, która była dostępna. Wtedy założyłam konto na którejś ze stron związanych z geocachingiem, z postanowieniem, że w najbliższej wolnej chwili poszukam bardziej szczegółowych informacji. Trudno stwierdzić, czy w tamtym momencie był to jedynie słomiany zapał. Może też szybko bym o tym zapomniała, gdyby nie przypadek, kiedy jakiś czas później podczas spaceru zostałam poinformowana, że skrytka znajduje się w pobliżu i może warto do niej pójść. To wreszcie skłoniło mnie do zainstalowania aplikacji i zapisania znaleziska. Tego samego dnia odkryłam, że sporo skrytek znajduje się w promieniu kilku kilometrów od mojego osiedla - a ja i tak regularnie biegam albo chodzę na długie spacery.

Image-2019-10-06

Pierwszy raz sama i z własnej inicjatywy spróbowałam szczęścia pod koniec sierpnia. Na pierwszy ogień poszły okolice Radości pod Warszawą. Czułam się lekko surrealistycznie, w jakimś stopniu z powodu upalnego dnia, ale poza tym… do diabła, to jak granie w grę komputerową tylko na żywo! Z kompasem i mapką z zaznaczonymi punktami, jak w Tomb Raider albo czymś w podobnych klimatach.

Przyznam się od razu, to pierwsze podejście nie zakończyło się powodzeniem. Znalazłam się przypuszczalnie we właściwym miejscu (tak przynajmniej wynikało z mapy i wskazań kompasu), krążyłam pomiędzy opisanymi we wskazówkach punktami orientacyjnymi do momentu, kiedy od słońca powoli zaczęło mi się kręcić w głowie. Musiałam zrezygnować, jeśli miałam być w stanie wrócić pieszo tą samą drogą - mniej więcej sześć kilometrów. Drugą próbę podjęłam tego samego dnia kilka godzin później, wybierając inny kierunek i punkty nieco bliższe. Według mapy miałam się spodziewać dwóch skrytek względnie blisko siebie, ostatecznie przed wieczorem odnalazłam jedną. Chyba to był moment, kiedy w jakimś sensie uwierzyłam, że naprawdę jestem w stanie dotrzeć do tych skrytek, które wcześniej traktowałam bardziej jak teoretyczną abstrakcję. Tak, poprzednie przypadki jakoś się dla mnie nie liczyły, nie odczuwałam tego jako osobistego sukcesu, ostatecznie wtedy to inne osoby przejmowały inicjatywę a ja tylko biernie za nimi podążałam.

Image-2019-10-06

Kolejne trzy wyprawy miały miejsce w ciągu ostatnich trzech tygodni. Tym razem towarzyszyła mi siostra (Pozdrawiam, chociaż wątpię, żebyś to czytała!). Ze względu na coraz wcześniejsze zachody Słońca wybierałyśmy miejsca niezbyt oddalone. Pierwszy raz szukałyśmy już po zmroku, co bez dobrej latarki nie było zbyt przyjemne. Wrażenie wejścia w świat gry komputerowej było nieco słabsze, kiedy nie byłam sama, zwróciłam za to uwagę na inne odczucie, które pojawiło się w związku z odwiedzaniem przez nas miejsc doskonale znanych od kilku lat.

Miałam świadomość, że wcześniej wielokrotnie przechodziłam obok, nie poświęcając tym miejscom żadnej myśli. Tym razem, będąc w tym samym punkcie, na to samo patrzyłam już inaczej. To uczucie trudne do opisania, stwierdzenie, że to tak, jakby zajrzeć pod powierzchnię Matrixa, byłoby raczej grubą przesadą. Ale trochę tak to odbierałam, jakby do mojej percepcji miejsc została dodana dodatkowa warstwa, świadomość dodatkowego aspektu.

Ostateczny bilans moich wypraw z siostrą to cztery skrytki. I jakiś zalążek filozoficznych czy też metafizycznych przemyśleń. Nie jestem pewna, czy i ile zdążę jeszcze znaleźć przed zimą. Może coś się uda…

Obecnie dopiero zaczynam, jestem początkującym żółtodziobem… zresztą, czy to jest wyścig albo inny rodzaj rywalizacji? To dla mnie po prostu rodzaj zabawy - i wreszcie mogę stwierdzić, że znalazłam coś w rodzaju gry korzystnej dla zdrowia. W końcu każdy powód jest dobry, żeby wyjść z domu i zażyć trochę ruchu. Nie jest to kosztowne hobby, potrzeba tylko pobrać - często darmową - aplikację. Ja używam c:geo, to aplikacja open source, która dobrze się sprawdza. I warto mieć przy sobie symboliczne drobiazgi, naprawdę małe rzeczy, które można do takiej skrytki dołożyć. Nie czuję, żeby potrzebna była do tego jakaś nadludzka kondycja, mniejsze odległości pokona się spacerem, przy większych dobrze rozważyć rower. I nie spodziewam się, żeby wymagało to przedzierania się przez puszczę albo bagna, czy też wspinaczki na skały i wierzchołki drzew.


Zdjęcia z wypraw będą publikowane i aktualizowane w katalogu Geocaching w galerii zdjęć.