Tu nie chodzi (tylko) o aborcję
W związku z wydarzeniami ostatnich dni zmagam się z silnymi i raczej nieprzyjemnymi emocjami. To jest chyba ten moment, kiedy resztki iluzji stabilności rozpadają się z donośnym hukiem. Niemal od początku epidemii w Polsce (a może nawet jeszcze wcześniej?) widziałam, jak coś się zmienia, jak wśród osób publicznych coraz mniej było wysiłku, żeby chociaż sprawiać pozory elementarnej przyzwoitości. Prawie nikt nie starał się już udawać, rzeczy, które wcześniej wydawałyby się nie do pomyślenia, dokonywały się zupełnie jawnie, w świetle dnia. Powiedziałabym wręcz, że z zuchwałą dumą.
Kilka dni temu bliskie osoby pytały mnie, dlaczego tak przeżyłam wyrok upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego. Mówiły, że przecież to mnie nie dotyczy, że jeśli mnie w normalnych warunkach ciąża nie grozi, to nie powinnam w ogóle się angażować, że prawo do aborcji w Polsce nie ma na mnie żadnego wpływu. No cóż, sama przez długi czas wierzyłam, że polityka to abstrakcja egzystująca gdzieś w innym wymiarze odległym od życia “zwykłych ludzi”. Ale jak to inne bliskie osoby powiedziały mi prawie rok temu, nawet jeśli nie interesujesz się polityką, prędzej czy później ona może zainteresować się tobą. A obecnie oglądam na własne oczy, jak ta odległa abstrakcja doprowadza społeczeństwo na granicę wojny domowej.
Nie chodzi tutaj tylko o aborcję - i tak, jestem całym sercem po stronie prawa do samostanowienia - ale o przekaz, jaki tym aktem rządzący dali społeczeństwu. W obrzydliwie bezczelny sposób zademonstrowali, że mogą zrobić wszystko, na co tylko przyjdzie im ochota i nie ma żadnej siły zdolnej ich powstrzymać. A następnie, wraz z członkami konserwatywnych organizacji, mieniących się “obrońcami życia” i katolickimi biskupami w sposób równie obrzydliwy okazali satysfakcję ze swojego “zwycięstwa” - i pogardę wobec polskich obywateli, których już od dłuższego czasu mieli w głębokim poważaniu. Takie właśnie wystawili sobie świadectwo swoim plugawym rechotem i nieukrywaną drwiną, bezczelnie plując ludziom w twarz.
Aż w którymś momencie miarka się przebrała.
Ta sprawa także mnie dotyczy. Bo też jestem, na swoje nieszczęście, obywatelką tego kraju. Bo od kilku lat słyszę i czytam w wiadomościach o kolejnych “wyczynach” tej władzy. Bo codziennie miałam, w większym lub mniejszym stopniu, do czynienia z tą pogardą i kpiną ze zwykłego, uczciwego człowieka, czułam ten nieustannie sączący się jad. Widziałam karygodne lekceważenie wszelkich zasad i zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Prawie codziennie czułam bezsilny gniew, wiedząc, że praktycznie nic nie mogę na to poradzić. Tak jak nie zgadzałam się z tym wszystkim, tak samo - a nawet bardziej - nie zgadzam się z tym, co wydarzyło się kilka dni temu. Nie zgadzam się na odebranie dużej części społeczeństwa kolejnych praw. Nie zgadzam się na systemową pogardę wobec kobiet. Nie zgadzam się na życie w autorytarnym reżimie, w strachu, każdego dnia czując się jak zaszczute zwierzę, niepewne, z której strony oczekiwać kolejnego ciosu. Nie zgadzam się na tę ciągłą niepewność i bezsilność. Bo aktualnie pytanie nie brzmi: CZY taki cios nadejdzie, ale: KIEDY. I w jaki sposób.
Nie ma co się łudzić, że obecne władze poprzestaną na groźbach bez pokrycia. Wielokrotnie dawali wyraz temu, że w imię własnych interesów mogą posunąć się dosłownie do wszystkiego. Sami z siebie się nie zatrzymają. Jeśli coś, nieważne jak obrzydliwe, niemoralne i niewyobrażalne, potencjalnie może przynieść im jakiś zysk, nie zawahają się.
Właśnie ogłosili się nieomylnymi sędziami i moralnymi przewodnikami w najbardziej osobistych, intymnych kwestiach w życiu obywateli. Wraz z silnie zamieszanym w politykę Kościołem Rzymskokatolickim w Polsce bezwstydnie weszli z brudnymi buciorami w nasze życia. I napotkali opór i gniew znacznie silniejszy niż zdołali wzbudzić swoimi poprzednimi działaniami. Jeśli sięga się łapą za daleko, jest ryzyko, że coś może tę łapę zmiażdżyć. Przy odrobinie (może trochę więcej niż odrobinie) szczęścia to się może skończyć amputacją.
Rządzący i kler w swojej zachłanności próbowali połknąć za dużo - niech się teraz tym udławią.