Wolność, bezstronność, braterstwo

W związku z ostatnimi wydarzeniami w USA, obecnie w mediach podnoszony jest temat rasizmu - przynajmniej na tę chwilę, zanim uwagę świata zwróci jakiś kolejny problem. Nie zdziwiłoby mnie to, biorąc pod uwagę, że bieżący rok co chwilę czymś zaskakuje i to raczej w mało pozytywnym znaczeniu. Jest jak najbardziej naturalne, że obecnie ten temat jest na tapecie, prowokuje dyskusje i powoduje różne reakcje. Niektóre w oczywisty sposób wydają się pozbawione sensu i wyższego celu, jak w przypadku emocjonalych wpisów młodych ludzi na Twitterze. Inne budzą we mnie mieszane uczucia, jak decyzja jednego ze współtwórców Reddita o odejściu z grona administratorów, aby jego miejsce zajął czarnoskóry kandydat.

To ostatnie nie jest bynajmniej zjawiskiem, które pojawiło się się w ostatnich dniach. Pozytywna dyskryminacja, nazywana również akcją afirmatywną (czyżby z powodu nieprzyjemnych skojarzeń, jakie budzi to pierwsze określenie?) istnieje w USA w postaci na przykład określonych liczb albo odsetków osób należących do mniejszości, które powinny zostać przyjęte na uniwersytety. W tym wypadku dotyczy to najczęściej płci i koloru skóry.

W jakimś stopniu mamy to już także na własnym podwórku. Sama kilka tygodni temu zetknęłam się z ogłoszeniem mówiącym o planach pewnej firmy co do osiągnięcia określonego procentu kobiet na stanowiskach kierowniczych w ciągu dziesięciu i piętnastu lat. Miałam też okazję wielokrotnie w ciągu ostatniego półtora roku rozmawiać w swoim otoczeniu (osoby w większości ze stereotypowo męskiej branży IT) o parytetach i akcjach “promujących” pewne zawody czy aktywności wśród kobiet. Jakbym cofnęła się we wspomnieniach jeszcze bardziej, natrafiłabym na wypowiedź któregoś z wykładowców z czasów, kiedy dopiero zaczynałam studia. Nie pamiętam dokładnych słów, jakie wtedy padły, ale ogólny sens był taki, że nasz wydział, na którym akurat wyjątkowo proporcje płci wśród studentów były równe albo nawet z lekką przewagą kobiet, w jakimś stopniu “poprawia opinię” uczelni w oczach jakichś unijnych instytucji. Na szczęście, mimo prawie dziesięciu lat, jakie upłynęły od tamtego czasu, na polskich uczelniach parytetów jeszcze nie wprowadzono.

Jako kobieta stwierdzam, że sama idea brzmi dla mnie absurdalnie. Zdecydowanie wolę być zatrudniona ze względu na faktyczne kompetencje i umiejętności a nie płeć - albo inne czynniki, o których w polskich realiach nie wspomina się zbyt często, jak narodowość, wyznanie lub przynależność do mniejszości etnicznej. Nie chciałabym być traktowana z powodu któregoś z tych kryteriów jak obywatel specjalnej troski, który bez szczególnych względów nie miałby szans sobie poradzić. Nie mam też ochoty być maskotką, rodzajem trofeum obnoszonego z triumfem na sztandarach jako dowód “polityki równościowej” czy “różnorodności w zespole”. Jestem pracownikiem, niczym więcej i niczym mniej.

Tak, odruchowo i bez zastanowienia użyłam tu rodzaju męskiego. Zorientowałam się po fakcie. I zdecydowanie nie popieram doklejania na siłę żeńskich końcówek do nazw zawodów i stanowisk. A potworki językowe typu “ministra” i “chirurżka” powdują u mnie podobny nieprzyjemny dreszcz jak skrobanie paznokci po tablicy. Jak coś powstanie naturalnie, proszę bardzo, ale nic na siłę.

Czy naprawdę nie jest możliwy jakiś złoty środek, który zapewni prawdziwą równość, o której tak chętnie się mówi, odmieniając przez wszystkie przypadki? Nie istnieje droga inna niż zastępowanie jednej dyskryminacji inną, wypieranie jednego rasizmu przez rasizm odwrotny? Kiedy próbuje się zwalczać ogień ogniem, jedynym skutkiem zapewne będzie wielki pożar, w którym poszkodowani zostaną wszyscy. Wahadło z jednego skrajnego położenia przemieszcza się w przeciwne - na jak długo? Czy społeczeństwo musi poddawać się kolejnym rewolucjom i kontrrewolucjom aż do końca świata, który przy obecnych zmianach klimatycznych może nastąpić niekoniecznie w niewyobrażalnej przyszłości? A tymczasem organizacje, które mogłyby zająć się tym coraz poważniejszym problemem, wolą zastanawiać się nad poprawnością polityczną słów “matka” i “ojciec” albo “mąż” i “żona”.

Chciałabym doczekać epoki zdrowego rozsądku, kiedy w osobach podejmujących decyzje dotyczące ścieżki edukacji, kariery i osobistego rozwoju będzie się widzieć po prostu ludzi. Kiedy na uczelniach i w zakładach pracy będą liczyć się kompetencje kandydata, a szczegóły takie jak płeć, kolor skóry, przynależność etniczna, orientacja seksualna czy wyznanie będą postrzegane podobnie jak dzisiaj kolor oczu. Jedyną sprawiedliwą drogą jest całkowita bezstronność, inne rozwiązania sprowadzają się w istocie do podkreślania i utrwalania podziałów, z którymi obecnie bohatersko próbuje się walczyć. Żeby kogoś faworyzować albo dyskryminować, przede wszystkim muszą istnieć “oni”, będący w opzycji do “nas”.

  • Troska o równy dostęp do informacji o możliwościach rozwoju dla wszystkich grup - TAK.

  • Systemowe wsparcie osób/grup w związku z trudną sytuacją socjoekonomiczną albo niepełnosprawnością - TAK.

  • Unikanie stereotypów podczas wychowywania dzieci, skupianie się na ich osobowości i zainteresowaniach zamiast na płci i “tradycyjnych rolach” - jak najbardziej TAK.

  • Dyskryminacja w jakąkolwiek stronę albo faworyzowanie jednych grup kosztem innych - ZDECYDOWANIE NIE.


Na zakończenie obrazek, który znalazłam w sieci lata temu... Jak widać ciągle aktualny.

Rasizm