Metoda Silvy czyli wielka zmiana w życiu, która nie nastąpiła

Jak kiedyś tu wspomniałam, miałam w życiu kilka okresów, kiedy z różnym zaangażowaniem i determinacją eksperymentowałam z praktykami ezoterycznymi. Moim głównym celem była weryfikacja, ile prawdy kryje się w różnych teoriach i systemach wierzeń - a jeśli rzeczywiście coś miałoby w tym być, zamierzałam spróbować rozwinąć jakieś paranormalne zdolności. Cóż, pomarzyć zawsze wolno…
Ostatni taki okres w moim życiu przypadł na czas studiów i zakończył się całkowitym odrzuceniem wiary w rzeczy nadprzyrodzone. Na koniec, jakby na podsumowanie mojego długiego eksperymentu, zafundowałam sobie krótki kurs Metody Silvy na poziomie podstawowym.

O Metodzie Silvy pierwszy raz usłyszałam w czasach szkolnych. Trochę poszukiwań w sieci doprowadziło mnie do niesamowitych historii, według których dzieci uczestniczące w specjalnych kursach miały rzekomo zdobywać nadludzkie zdolności. Pamiętam artykuły o chłopcu, który wskutek odpowiednich treningów hipnozy i wizualizacji jakoby był w stanie prześwietlać wzrokiem ludzkie ciała, co wykorzystywał m. in. w diagnostyce chorób. W innych źródłach przewijały się opowieści o różnych formach jasnowidzenia oraz ogólnym nadzwyczajnym przyroście możliwości intelektualnych albo zdolności zapamiętywania.

W czasie kiedy trafiłam na ogłoszenie o kursie, miałam możliwość uczestnictwa i zdecydowałam się wziąć w nim udział, podobne rewelacje traktowałam już mocno sceptycznie. Nie łudziłam się, że posiądę jakieś widowiskowe moce rodem z science-fiction, raczej ostatnim zrywem próbowałam szukać tego znikomego promila prawdy ukrytego w zbiorze wzajemnie sprzecznych ezoterycznych teorii. Kiedy już znalazłam się na kursie, niemal od razu zdałam sobie sprawę, że z moim sceptycyzmem będę tam sama.

Nie powinnam być zaskoczona faktem, że podobne wydarzenia przyciągają osoby o dość specyficznej mentalności. Jednak przy swoim własnym dystansie zupełnie nie spodziewałam się, jak bezkrytyczni - i w pewien sposób konsekwentni - potrafią być ludzie naprawdę szczerze wierzący w teorie okultystyczne. Poznałam tam między innymi osobę, która wraz ze swoją rodziną zaangażowana była w biznes zajmujący się produkcją i sprzedażą preparatów medycyny alternatywnej. Nie wydawało się to cyniczną grą nastawioną na zyski, jak bywa w przypadku wielu szarlatanów, ta osoba rzeczywiście uważała, że owe środki działają i wierzyła, że pracuje dla dobra społeczeństwa. Jedna z uczestniczek kursu w każdej najdrobniejszej sprawie radziła się „swojego” jasnowidza, traktując go jako coś pomiędzy terapeutą a doradcą prawnym. Inna z kolei żartowała, że jest z zawodu czarownicą i powinna to uwzględniać w dokumentach. Twierdziła też, że zdołała na odległość kilku metrów wyczuć pozytywną aurę promieniującą z książki autorstwa Jose Silvy. W przerwach między ćwiczeniami miałam okazję przysłuchiwać się ich rozmowom o doświadczanych wizjach, słyszanych głosach, dziwnych praktykach, dwupunkcie, oczyszczaniu i innych metodach „kwantowego leczenia” ciała i duszy. Słowo kwant padało tam często, odmieniane przez wszystkie przypadki. Nawet ja po swoich okresach „paranormalnych” eksperymentów czułam się w tym gronie nieswojo.

Same ćwiczenia sprowadzały się do relaksacji z pogranicza hipnozy, wizualizacji i koncentrowania się na odczuciach. Mieliśmy wprowadzać się w rodzaj płytkiego transu i kiedy siedzieliśmy tak rozluźnieni, prowadząca wygłaszała sugestie odnoszące się do naszego dobrego samopoczucia i motywacji do zmian w życiu. Próbowaliśmy wyobrażać sobie kolorowe światło, różne rodzaje energii otaczające nas i przepływające przez nas. Nie zauważyłam, żeby podobne sugestie działały na mnie jakoś szczególnie silnie. Jednak ponieważ przypadało to na mój dość ciężki okres na uczelni, wskutek przewlekłego niedoboru snu, odczuwałam inne efekty, jak deja vu albo zmiany w subiektywnym odczuwaniu upływu czasu. Nie wiązałam tego z żadnym nadprzyrodzonym zjawiskiem. Podejrzewam, że przy moim przemęczeniu taki wpływ wywierały na mój mózg przerywane kilkunastominutowe sesje rozluźniania.

W ćwiczeniach nie było nic, co sugerowałoby budzenie jakichś szczególnie odczuwalnych, spektakularnych zdolności. Główny nacisk kładziony był na relaksację i wizualizację, co nie różniło się zbytnio od zwykłych sesji hipnozy. Miałam też wrażenie, że ze względu na warunki prowadzenia zajęć, obecność grupy obok, trudno było osiągnąć jakiś głębszy stan transu, który mógłby przynieść wymierne korzyści. W teorii, którą prowadząca przekazywała, fakty naukowe, takie jak istnienie różnych częstotliwości pracy mózgu, mieszały się z anachroniczną wiedzą psychologiczną i neurologiczną, jak logiczna i emocjonalna półkula mózgowa albo zupełnie niepotwierdzonymi teoriami jak różne wariacje i pochodne prawa przyciągania. Ostatnie może dałoby się podciągnąć pod zjawisko samospełniającej się przepowiedni - gdyby, rzecz jasna, przekazane zostało w zupełnie inny sposób. Nie uczono nas wprost, że zyskamy zdolność jasnowidzenia, ale przewijał się wątek intuicji, która rozumiana była jako rodzaj bliżej niewyjaśnionego zjawiska, związanego z ingerencją nadprzyrodzonej sfery w życie człowieka. Mieliśmy też rzekomo, w oparciu o rodzaj prawa przyciągania, wywierać wpływ na rzeczywistość, na swoje zdrowie albo zachowanie osób w naszym otoczeniu. Prowadząca, w sposób typowy dla większości “miękkich” nurtów ezoterycznych, uprzedzała nas, że takiego wpływu nie możemy wykorzystywać w złym celu i że w takich przypadkach nasze „zdolności” nie podziałają. Bardzo dobrze pamiętam, że w pewnym momencie spytałam prowadzącą, na jakiej zasadzie miałby działać „mechanizm” albo „narzędzie” które jest zależne od tak arbitralnych pojęć jak dobro i zło. W odpowiedzi po prostu powtórzyła mi, że tak się po prostu NIE DA czynić zła. Prawdziwej, przekonującej odpowiedzi nie otrzymałam.

W trakcie zajęć przewijały również się wątki kontroli nad funkcjami ciała, takimi jak na przykład znieczulanie hipnotyczne. W płynny sposób przechodziło to do wpływu na stan organizmu, odporność, pokrywało korzyści wynikające ze spokoju, rozluźnienia i panowania nad stresem. Granica między tym, co ma pewne pokrycie w rzeczywistości a cudownym uzdrawianiem była dość mętna. Żeby oddać sprawiedliwość, muszę powiedzieć, że nie słyszałam, żeby ktoś wprost sugerował leczenie naprawdę poważnych, śmiertelnych chorób medytacją i pozytywnym myśleniem. Ogólnie jednak wśród uczestników panowała atmosfera optymistycznej wiary, że same myśli mają dużo większy wpływ na rzeczywistość niż wynikałoby to z praw fizyki i działania świata. Nie wykluczam też, że gdybym zdecydowała się na uczestnictwo w kolejnych poziomach kursu, miałabym tam do czynienia ze znacznie większym natężeniem teorii ezoterycznych i paranaukowych niż na pierwszym etapie.

Podsumowując, kurs Metody Silvy był prostym połączeniem technik hipnozy i relaksacji, z elementami niepoprawnie optymistycznego coachingu i otoczką ezoteryczną. Nie zostałam ani opętana przez złe duchy, którymi w naszym kraju straszy się na każdym kroku, ani nie stałam się X-Menem z rentgenem w oczach i zdolnością przewidywania przyszłości. Dostałam dyplom, którego posiadanie absolutnie nic nie zmieniło w moim życiu. Jedyne co zyskałam to potwierdzenie wniosków z moich indywidualnych eksperymentów, iż wszelkie paranormalne przeżycia są wynikiem autosugestii i nastawienia. I może połączoną z lekkim przerażeniem świadomość, że w XXI, w rozwiniętym kraju, ezoteryka ma wielu szczerych wyznawców wśród wykształconych dorosłych ludzi.