DeGoogle: Dwa miesiące wolności

Tak się składa, że dzisiaj upływają dwa miesiące od czasu, kiedy ostatecznie usunęłam swoje konto Gmail - i Google z mojego życia.

Wszyscy robią degoogle - robię i ja!

Jeśli mam być szczera, nie odczułam w sposób szczególny samego momentu faktycznego zamknięcia konta, nie zauważyłam, że przekroczyłam jakąś ostrą granicę konkretnego dnia. Dużo bardziej zauważalne były kolejne kroki prowadzące do tego, żebym mogła ze spokojem ducha nacisnąć odpowiednio opisany przycisk na stronie zarządzania kontem.

Z Gmaila korzystałam od 2012 roku, tak wynikało z danych na moim koncie. Wybór był podyktowany prostym faktem, że w tamtym czasie było to popularne, jednocześnie pokrywało się to z momentem, kiedy Onet przestał oferować usługę prowadzenia blogów. Od 2010 roku dość aktywnie uczestniczyłam w amatorskiej literackiej twórczości na blogach grupowych, więc kiedy cała blogosfera migrowała do Bloggera, niewiele myśląc poszłam z tłumem.

Nie widziałam w Gmailu niczego szczególnego, dla mnie była to usługa pocztowa jak każda inna, miałam do tego podejście absolutnie obojętne, przy innym biegu wydarzeń pewnie trafiłoby na innego dostawcę. Odczułam może taką niewielką poprawę w porównaniu z poprzednim dostawcą, że moja skrzynka przestała być zasypywana dziesiątkami irytujących reklam, przez które musiałabym się przebijać w poszukiwaniu istotniejszych rzeczy. Z innych usług Google korzystałam w tamtym czasie jedynie z Bloggera, rok później również z Dysku Google, chociaż nigdy nie trzymałam tam zbyt wielu materiałów. Był to czas, kiedy stopniowo migrowałam na Linuxa, ówcześnie Ubuntu, i brak wygodnego klienta w postaci folderu, do którego mogłabym przeciągać dane, skutecznie ograniczył moje korzystanie z tej usługi. Teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, mogę uznać, że jakiś rodzaj opatrzności przynajmniej częściowo ochronił mnie i moje dane.

W połowie 2014 roku, kiedy mój telefon komórkowy zaginął albo też został ukradziony, kupiłam swój pierwszy telefon z Androidem. I niewiele się zastanawiając, połączyłam go ze swoim kontem. W ten sposób do listy usług dołączył sklep Google Play i sama nie wiem, w którym momencie popełniłam najgorszy błąd w postaci podania danych mojej karty płatniczej. Ponieważ używałam (nadal zresztą używam) telefonicznej karty prepaid, przez większość czasu mój telefon nie miał łączności z internetem. Spowodowało to, że usługa lokalizacji, o której istnieniu nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, nie śledziła każdego mojego kroku. Zmieniło się to dopiero na początku 2019 roku, kiedy posiadałam już telefon innej marki, obsługujący dwie karty SIM i jako drugą kartę włożyłam tę wyjętą z domowego routera. Od razu zaobserwowałam powiadomienia dotyczące miejsc, w których przebywałam, ostatecznie usługę lokalizacji wyłączyłam w maju 2019 roku, wtedy też wyczyściłam historię zarówno lokalizacji jak i wszystkich innych usług dostępnych z poziomu interfejsu zarządzania kontem Google.

Oczywiście widziałam jak dane kontaktowe osób z poczty i osób, których numery miałam zapisane w telefonie “przeciekały” w dość niespójny sposób w obie strony, ale nigdy nie starałam się celowo tego łączyć. Traktowałam to jak irytującą, ale raczej nieszkodliwą uciążliwość androidowych telefonów. Dla mnie integracja telefonu z pocztą nigdy nie miała sensu, traktowałam to jako dwie odrębne usługi, które nie potrzebowały nawet wzajemnie wiedzieć o swoim istnieniu.

Inny zbieg okoliczności sprawił, że na własne nieszczęście zaczęłam używać Google Photos. W połowie 2018 roku mój telefon najzwyczajniej w świecie zaczął umierać ze starości. Wszystko mogło paść w dowolnym momencie, dlatego za namową znajomych postanowiłam zadbać o kopię zapasową swoich zdjęć. Mogłam po kupnie nowego telefonu to wyłączyć, oszczędziłoby mi to sporo pracy przy późniejszym wydobywaniu kopii zdjęć z chmury i usuwaniu ich stamtąd, ale z jakiegoś powodu nie przyszło mi to do głowy. Usługę synchronizacji miałam włączoną ponad rok, a w tym czasie zrobiłam nawet więcej zdjęć niż miałam z poprzednich trzech lat. W moim przypadku i tak była to liczba rząd wielkości mniejsza niż u większości użytkowników smartfonów, ale szukanie i wydobywanie ich z katalogów, na jakie podzieliły je aplikacje Google, nie należało do najprzyjemniejszych zadań.

Na temat prywatności w sieci zaczęłam bardziej myśleć od początku lata 2019 roku. Trochę miały na mnie wpływ rozmowy z pewnym miłośnikiem usług Google. Skłoniło mnie to do zastanowienia, jakie dane na mój temat są gromadzone bez mojej świadomej zgody. Jestem z tego pokolenia, które w dzieciństwie uczono, że w sieci nie należy podawać swoich prawdziwych danych osobowych ani innych identyfikujących informacji i w moim przypadku to nastawienie pozostało trwałe. Do chwili obecnej czuję opór na myśl, że miałabym, poza przypadkami, gdy jest to konieczne (banki, sklepy z dostawą, strony urzędów), rejestrować się pod prawdziwym nazwiskiem. Nie jest jednak prawdą, że używanie wielu różnych nicków dla różnych stron, społeczności i usług miało służyć zwiększaniu mojej “anonimowości” w sieci. To wynikało i wynika czysto z radosnej twórczej inwencji i robiłam tak na długo zanim zaczęłam się w ogóle zastanawiać, kto i w jakich celach może przetwarzać dane użytkowników.

Przygotowania do odcięcia się od usług Google zaczęłam od zorientowania się w obecnej sytuacji. Miałam tam swoje jedyne konto mailowe, którego używałam przez siedem lat, także przy rejestracji różnych innych usług. Na szczęście podczas regularnego czyszczenia skrzynki pozostawiałam wiadomości dotyczące aktywacji kont, dzięki temu mogłam się zorientować, co jest albo było połączone z tym adresem. Sprawdzałam też, jakie inne usługi Google mogły w tym czasie zgromadzić jakieś dane. W tym celu korzystałam z interfejsu zarządzania kontem i archiwów Takeout. Fakt, iż większość nazw usług niewiele mi mówiła, o istnieniu niektórych wręcz dowiedziałam się dopiero wtedy, był pocieszający. Oznaczało to dla mnie, że nie tkwię w tym wszystkim aż tak głęboko.
Jako nowego dostawcę poczty wybrałam ProtonMail, założyłam darmowe, ograniczone konto początkowo bardziej w celach testowych. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę po rejestracji, to fakt, iż była to typowa usługa pocztowa, nie próbująca być czymś więcej niż po prostu pocztą. Po latach na łączącym wszystko ze wszystkim koncie Google był to spory szok, ale i przyjemne orzeźwienie. To było właśnie coś, czego mi brakowało. Z testu dość szybko przeszłam bezpośrednio na produkcję i zaczęłam stopniowo migrować wszystkie powiązane z Gmailem konta, które chciałam zachować. Część zbędnych rzeczy zamykałam całkowicie, niekiedy, idąc za pojawiającymi się w sieci anonimowymi radami, wcześniej nadpisując ewentualne informacje na tych kontach śmieciowymi danymi. Nie wszystkie usługi posiadają dostępną z poziomu interfejsu użytkownika opcję usunięcia, dlatego czasami wymagało to wypełniania formularzy zgłoszeń albo wysyłania wiadomości do działów obsługi klienta. W takich przypadkach oczekiwanie na odpowiedź trwało od kilku do kilkunastu dni. Głównie z tego powodu całkowita migracja zajęła mi prawie cztery miesiące.

Równolegle pobierałam swoje dane z Dysku Google oraz Google Photos. Dane z Dysku w większości okazały się nieaktualne i do usunięcia, zdjęcia zdołałam odzyskać i następnie uporządkować za pomocą podstawowych narzędzi konsolowych Linuksa. Podczas tego procesu doszło do przypadkowej utraty niewielkiej ilości zdjęć i wszystkich nielicznych filmów, ponieważ wyszukując pliki po ich rozszerzeniach, nie uwzględniłam wszystkich możliwych, które mogły tam występować. Zorientowałam się dopiero po fakcie, kiedy oryginalne archiwa zostały nieodwracalnie usunięte. Uporządkowane zdjęcia ostatecznie znalazły się na zewnętrznym dysku twardym. Na razie nie widzę potrzeby, aby przechowywać je w jakiejkolwiek chmurze.

Podczas całego procesu migracji co kilkanaście dni jako kontrolę pobierałam archiwa Takeout. Postanowiłam, że całkowicie zamknę konto w momencie, kiedy archiwum także będzie czyste.

Pod koniec października przy pomocy osoby posiadającej w tej kwestii dużo większą wiedzę niż ja (pozdrawiam, jeśli kiedykolwiek będziesz to czytał!) sformatowałam telefon i zainstalowałam LineageOS. Nie używałam wielu aplikacji mobilnych, te nieliczne, które miałam, znalazłam niedługo potem w repozytoriach F-droid, na APKMirror lub bezpośrednio na stronach wydawców danego programu. Dla kilku pojedynczych rzeczy znalazłam zamienniki. Obecnie używanie społecznościowej wersji Androida bez usług Google jest dla mnie praktycznie nieodczuwalne - może poza tym, że w końcu nie boję się używać własnego telefonu. Wcześniej unikałam logowania się stamtąd do niektórych ważniejszych usług z obawy, że Google może w jakiś sposób przejąć moje hasła. Niewielki problem może stanowić fakt, iż teraz nic nie ochroni mnie przed instalacją malware, jeśli bez zastanowienia pobiorę plik APK z wątpliwej jakości strony. Sytuacje takie mogą się zdarzyć, jeśli nie ma się podanego na tacy jednego słusznego sklepu z praktycznie wszystkim i czasami trzeba własnoręcznie poszukać brakującej aplikacji gdzieś w internecie.

Czytając opowieści innych osób na temat ich migracji albo wątpliwości, czy warto rozpocząć taki proces, zauważyłam, że w moim przypadku kilka czynników sprawiło, że wszystko i tak przebiegło technicznie względnie łatwo.

  • Jestem osobą, która raczej kasuje niż przechowuje dane wszelkiego rodzaju. Kiedyś przy okazji żartów ze znajomymi powiedziałam, że nie usuwam wszystkiego, jedynie 85%. Liczba ta jest jak najbardziej bliska rzeczywistości. Mówię też czasami, że u mnie każda rzecz ma swój termin ważności. W praktyce oznacza to dla mnie nieco łatwiejsze przenoszenie danych zarówno pomiędzy usługodawcami jak i typowo fizycznymi nośnikami, w przeszłości pozwalało mi to bez żalu przeskakiwać między różnymi dystrybucjami i świeżymi instalacjami, kiedy dopiero poznawałam uroki GNU/Linuksa. Obecnie nadal używam darmowego planu ProtonMail i nie przejmuję się pojemnością ograniczoną do 500 MB. I tak nie zamierzam przechowywać wiadomości zbyt długo, w moim pojęciu większość wiadomości to dane, które przeterminowują się dość szybko.
  • Mam bardzo mało zapisanych na stałe kontaktów zarówno mailowych jak i telefonicznych, podczas formatowania telefonu dosłownie mogłam przenieść te nieliczne wpisy na prymitywną, analogową kartkę i potem znów ręcznie wpisać je do telefonu, co nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Adresy mailowe, a właściwie tylko ich część, którą uznałam za nadal potrzebną, były jedynymi informacjami jakie faktycznie “przeniosłam” z Gmaila na ProtonMaila. Również ręcznie.
  • Nie używałam i nie używam zbyt wielu aplikacji mobilnych, nie przywiązuję się też do konkretnych programów. Dla mnie wystarczająco dobre jest to, co wykonuje dane zadanie i jeśli znajdę zamiennik pełniący określone funkcje, będę zadowolona. Zupełnie nie rozumiem też trendu, według którego prawie każda strona internetowa musi mieć własną aplikację. Naprawdę tak trudno jest użyć przeglądarki? Tylko lepiej nie Google Chrome i może jeszcze warto dorzucić kilka dodatków blokujących śledzenie…
  • Nie mam potrzeby synchronizacji wszystkiego ze wszystkim w dowolnym czasie ani dostępu do wszystkich usług z każdego miejsca, gdzie jestem. Moje urządzenia łączy Syncthing, który jest uruchamiany w razie potrzeby na tych spośród urządzeń, między którymi w danej chwili potrzebuję coś przenieść. Z poziomu telefonu nigdy nie miałam dostępu do wszystkiego i migracja w tej kwestii niewiele zmieniła.
  • Nie używałam większości usług Google, jedynie te wymienione wcześniej. Nie stanowiło dla mnie problemu porzucenie elementów takich jak na przykład Kontakty, Notatki, Google Docs albo Kalendarz, których istnienie całkowicie ignorowałam a których zamienniki usilnie stara się znaleźć spora część osób planująca odejście od Google.

Moment, w którym ostatecznie zerwałam z Google nastąpił wkrótce po tym, kiedy otrzymałam ostatnie potwierdzenia usunięcia lub migracji powiązanych kont innych usług, a archiwum Takeout wykazało wyczyszczenie konta. Stało się to pod koniec pierwszego tygodnia grudnia. 11.12.2019 koło południa pobrałam jako kontrolę ostatnie archiwum, sprawdziłam, czy zamknęłam wszystkie inne etapy migracji i wieczorem zainicjowałam likwidację konta.

Zwolennicy ochrony prywatności w sieci wspominają, że nie tylko Google może stanowić problem, z czym osobiście się zgadzam. Miałam to szczęście, że zakończyłam swoją przygodę z Microsoftem w czasach, kiedy spokojnie dało się używać Windows nie mając konta Microsoft, ostania wersja jaką posiadałam to Windows 7. Całkowicie przeszłam na Linuksa w czerwcu 2013. Nigdy nie posiadałam urządzeń Apple, nie korzystałam z Twittera ani Instagrama. Konto Amazon posiadałam przez krótki czas, puste, bez istotnych danych, zamknęłam je wraz innymi podczas migracji. Konto na Facebooku zakładałam na zmyślone dane, za co zostałam zbanowana po około trzech latach, w 2017. Gdyby nie eksperymentalne grupowe skrzynki na studiach, zapewne nigdy bym tego konta nie stworzyła. Ze “społecznościowych” mediów korzystam tylko z LinkedIn, nie jestem pewna, czy Reddit również zalicza się do tej kategorii. Na Reddicie przynajmniej nie zaobserwowałam, żeby konta przechowywały inne dane poza nickiem, datą założenia i zebranymi tam punktami - no i zapewne poza danymi lokalizacji użytkownika, adresem IP albo informacjami o rodzaju przeglądarki i systemu, jakie obecnie próbuje zbierać dosłownie każdy serwis i strona internetowa. A to już zupełnie inna kwestia.