Przy okazji tworzenia drugiego wpisu o degoogle zdałam sobie sprawę, że od pozbycia się Google z mojego życia trochę czasu upłynęło. W pierwszym wpisie wspominałam o tym, że jeszcze inne korporacje w niewielkim stopniu w moim życiu pozostały, nawet jeśli nie wszystkie wymieniłam wtedy z nazwy. A dwa i pół roku to wystarczająco dużo czasu, żeby wprowadzić w życie kolejne zmiany. Niektóre podyktowane troską o prywatność, inne z powodów bardziej etycznych i filozoficznych.
Odkąd pisałam o usunięciu Google ze swojego życia minęło trochę czasu. Od tamtego momentu mój dość niskobudżetowy telefon zdążył się zestarzeć i przestał poprawnie działać. Pod koniec 2021 roku zwyczajnie nie miałam wyboru i musiałam nabyć nowy.
I tu pojawił się problem – musiałam znaleźć model, który spełniałby wszystkie moje wymagania.
- miejsce na dwie karty SIM, ponieważ w ostatnich latach stałam się mocno zależna od układu dwóch osobnych kart, do funkcji telefonu i do internetu
- czytnik NFC, ponieważ mój model Yubikey to wspiera a nie miałam wcześniej możliwości używania go z telefonu
- niezbyt duży rozmiar, żeby dało się nosić go w przynajmniej niektórych kieszeniach (Swoją drogą po jakie licho kolejne modele telefonów są coraz większe? Jeśli chcę mieć do czegoś duży ekran, korzystam z komputera.)
- i oczywiście najważniejsze – względnie łatwy do odblokowania bootloader
…bo przecież nie będę używać fabrycznego systemu mocno zintegrowanego z usługami Google.
Koniec roku 2020 postanowiłam uczcić dotacją na EFF (Electronic Frontier Foundation), organizację zajmującą się prywatnością i prawami człowieka w cyfrowym świecie. Zrobiłam to trochę pod wpływem chwilowego impulsu, zachęcona znalezionym linkiem do końcoworocznej akcji, trochę wskutek wewnętrznej potrzeby, którą odczuwałam już od dłuższego czasu. Kiedy w minionym 2020 roku w większym niż wcześniej stopniu zainteresowałam się wieściami z kraju i świata, zarówno politycznymi jak i technicznymi, poczułam, że sama również powinnam się zaangażować. Dołożyć swoją cegiełkę na miarę możliwości, zrobić coś więcej niż tylko z przerażeniem i rezygnacją obserwować jak świat, społeczeństwo i technologie zmierzają w coraz bardziej niepożądanym kierunku. Przypadek sprawił, że natrafiłam na ogłoszenie publikowane przez organizację, której wartości wspieram.
W tym wypadku nawet nie myślę o prywatności w makroskali, czyli tych wszystkich usługodawcach, którzy traktują użytkowników jako “cyfrową biomasę” (nie pamiętam już gdzie pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem, zapamiętałam je z tego artykułu Fundacji Panoptykon). Coraz częściej zauważam średnio zrozumiałe dla mnie zjawisko w skali mikro, w gronach osób sobie bliskich, przede wszystkim w rodzinach i w związkach. Z jakiegoś dziwnego powodu spora grupa ludzi uważa, że bliskie relacje z automatu dają uprawnienia do nieograniczonego wzajemnego wglądu w swoje dane.
Na forach co jakiś czas natykam się na opowieści użytkowników o tym, jak to mąż albo żona przejrzeli ich elektroniczną korespondencję albo historię przeglądarki. Młodzież martwi się tym, co matki znalazły w ich telefonach, czasem także innych urządzeniach. Klasyczne pamiętniki pisane na papierze także padają ofiarą nadmiernie ciekawskich rodziców. W końcu osobiście byłam świadkiem rozmowy, w której jedna z osób mówiła, że nie chce zaglądać na tę czy inną stronę, ponieważ jej druga połówka może to zobaczyć w historii…
Ehm, człowieku, czy to Twój telefon i Twoja przeglądarka?
Tak się składa, że dzisiaj upływają dwa miesiące od czasu, kiedy ostatecznie usunęłam swoje konto Gmail - i Google z mojego życia.
Wszyscy robią degoogle - robię i ja!
Jeśli mam być szczera, nie odczułam w sposób szczególny samego momentu faktycznego zamknięcia konta, nie zauważyłam, że przekroczyłam jakąś ostrą granicę konkretnego dnia. Dużo bardziej zauważalne były kolejne kroki prowadzące do tego, żebym mogła ze spokojem ducha nacisnąć odpowiednio opisany przycisk na stronie zarządzania kontem.