Na forach dla osób aseksualnych to stale powtarzający się motyw. Ludzie są patologizowani, bliscy, lekarze i terapeuci próbują znaleźć przyczynę ich „problemu”. Doszukują się traum z dzieciństwa, braku dobrych relacji w rodzinie, zaburzeń hormonalnych albo depresji. Bo przecież ktoś nie może być aseksualny tak po prostu, bez przyczyny. Jeśli pomimo wysiłków żadnej przyczyny nie znajdą, to może przynajmniej niektórzy zgodzą się przyznać, że to faktycznie taka orientacja seksualna a nie problem do rozwiązania. A kiedy tak się zdarzy, że osoba aseksualna rzeczywiście ma jakiś problem w życiu, tak całkiem niezależnie, bo każdego coś może spotkać… Cóż, wtedy „życzliwi” już nie odpuszczą. Powodzenia w udowadnianiu, że nie jest się wielbłądem…
Jakiś czas temu kolejny raz usłyszałam “argument”, że partie lewicowe w Polsce zajmują się tylko sprawami mniejszości, LGBT i aborcji, zamiast skoncentrować się na tematach ważnych dla ogółu obywateli. Nawet, gdyby na chwilę założyć, że ten zarzut jest prawdziwy… to czy rozwiązanie tych kwestii nie spowodowałoby ostatecznie przeniesienia centrum politycznych dyskusji gdzie indziej, właśnie tak, jak przeciwnicy lewicowych partii sobie życzą?
Gdyby tak na przykład zdekryminalizować aborcję i zakończyć toczący się całymi latami spór? Albo w końcu uregulować kwestie związków jednopłciowych, zwłaszcza, że obecnie wprowadzenie jakiejś formy związków partnerskich popierałaby znaczna część społeczeństwa. Czy zrobić coś z obecnym prawnym koszmarem, jaki przechodzą osoby transpłciowe, próbując uzgodnić płeć w dokumentach…
Nie dyskutować, nie analizować po raz kolejny, nie obiecywać kilkadziesiąt razy przed każdymi wyborami, tylko faktycznie te problemy rozwiązać, tym samym zamykając temat. A jak zostanie zamknięty, narzekający na te sprawy światopoglądowe i tematy zastępcze niezadowoleni wyborcy wreszcie powinni odetchnąć z ulgą, czyż nie? W końcu przyjdzie czas na Ważne Sprawy, które interesują większość obywateli…
Miałam to pisać jako kontynuację innego postu zaplanowanego na przyszłość albo wręcz jego część. Piszę to teraz, być może dlatego, że nadal czuję się dotknięta niesprawiedliwością, która spotkała mnie już dłuższy czas temu, kiedy zupełnie bezprawnie zostałam zmuszona do ukrywania swojego poparcia dla protestów przeciwko nieludzkiej ustawie antyaborcyjnej. Nie tylko mnie to spotkało, jestem świadoma, że wielu innych naraziło się na nieporównywalnie większe nieprzyjemności.
Co jakiś czas słyszę i czytam o lewicowych płatkach śniegu na tym złym zdemoralizowanym Zachodzie, który według tego co mówią w publicznych mediach, już dawno powinien upaść pod ciężarem własnej dekadencji. Jak dotąd Europa Zachodnia istnieje nadal i nic nie wróży rychłego końca świata.
Tymczasem w naszym wspaniałym, mlekiem i miodem płynącym raju mogłam czytać o kuriozalnych sytuacjach takich jak:
W tym wypadku nawet nie myślę o prywatności w makroskali, czyli tych wszystkich usługodawcach, którzy traktują użytkowników jako “cyfrową biomasę” (nie pamiętam już gdzie pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem, zapamiętałam je z tego artykułu Fundacji Panoptykon). Coraz częściej zauważam średnio zrozumiałe dla mnie zjawisko w skali mikro, w gronach osób sobie bliskich, przede wszystkim w rodzinach i w związkach. Z jakiegoś dziwnego powodu spora grupa ludzi uważa, że bliskie relacje z automatu dają uprawnienia do nieograniczonego wzajemnego wglądu w swoje dane.
Na forach co jakiś czas natykam się na opowieści użytkowników o tym, jak to mąż albo żona przejrzeli ich elektroniczną korespondencję albo historię przeglądarki. Młodzież martwi się tym, co matki znalazły w ich telefonach, czasem także innych urządzeniach. Klasyczne pamiętniki pisane na papierze także padają ofiarą nadmiernie ciekawskich rodziców. W końcu osobiście byłam świadkiem rozmowy, w której jedna z osób mówiła, że nie chce zaglądać na tę czy inną stronę, ponieważ jej druga połówka może to zobaczyć w historii…
Ehm, człowieku, czy to Twój telefon i Twoja przeglądarka?
…obecnie, kiedy sama bawię się w rysowanie, z uporem przyglądam się i analizuję w jaki sposób zostały one narysowane.


Powyższe to prace użytkownika SerAntwon na Reddicie.
Swoją drogą, kiedy ostatnio przeglądałam najnowsze rysunki Żartownisia Ponurego, znów ubolewając nad tym, że prowadzi on artystyczną działalność na Facebooku i Instagramie, a na własnej stronie ma jedynie sklep, zauważyłam interesującą rzecz. Na stronie tego sklepu, pośród opcji dostępnych dla zarejestrowanych użytkowników, znajduje się Prośba o bycie zapomnianym. Według opisu na stronie umożliwia to usuwanie zapisanych w sklepie danych osobowych.
Jeśli rzeczywiście to tak działa, bardzo szanuję za wprowadzenie takiej możliwości.