Prywatność nasza powszednia...

W tym wypadku nawet nie myślę o prywatności w makroskali, czyli tych wszystkich usługodawcach, którzy traktują użytkowników jako “cyfrową biomasę” (nie pamiętam już gdzie pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem, zapamiętałam je z tego artykułu Fundacji Panoptykon). Coraz częściej zauważam średnio zrozumiałe dla mnie zjawisko w skali mikro, w gronach osób sobie bliskich, przede wszystkim w rodzinach i w związkach. Z jakiegoś dziwnego powodu spora grupa ludzi uważa, że bliskie relacje z automatu dają uprawnienia do nieograniczonego wzajemnego wglądu w swoje dane. Na forach co jakiś czas natykam się na opowieści użytkowników o tym, jak to mąż albo żona przejrzeli ich elektroniczną korespondencję albo historię przeglądarki. Młodzież martwi się tym, co matki znalazły w ich telefonach, czasem także innych urządzeniach. Klasyczne pamiętniki pisane na papierze także padają ofiarą nadmiernie ciekawskich rodziców. W końcu osobiście byłam świadkiem rozmowy, w której jedna z osób mówiła, że nie chce zaglądać na tę czy inną stronę, ponieważ jej druga połówka może to zobaczyć w historii…
Ehm, człowieku, czy to Twój telefon i Twoja przeglądarka?

Nie wiem czy to kwestia wychowania i dorastania w innym środowisku, czy jeszcze inne czynniki, ale dla mnie nie do wyobrażenia byłaby sytuacja, w której nie mogłabym swobodnie korzystać z własnych urządzeń i internetu z obawy przed wścibskim współlokatorem. A jeśli wiedziałabym, że ktoś z kim mieszkam ma takie skłonności, postarałabym się zabezpieczyć swoje urządzenia przed nieautoryzowanym dostępem. Przypominam, telefony posiadają taką funkcję jak blokowanie ekranu. Niektóre komunikatory pozwalają nawet na blokowanie niezależne od całego telefonu.

Dobrze, w tym przypadku nie będę tak ochoczo rzucać kamieniami. Ja sama też stosunkowo późno zaczęłam korzystać z blokowania, dopiero wtedy kiedy zainteresowałam się możliwością pełnego szyfrowania danych na telefonie. Na swoją obronę dodam, że po pierwsze, od ładnych paru lat mieszkam sama, po drugie nigdy nie byłam bezpośrednio zmuszona, żeby się przed takim niepożądanym dostępem chronić. Jak pamiętam z dzieciństwa, u mnie w rodzinie czytanie cudzych wiadomości było postrzegane jako brak kultury.

Jeśli chodzi o historię przeglądania, to zawsze można ją usunąć. Chyba każda przeglądarka na to pozwala, szczególnie te najpopularniejsze. I to nie jest takie trudne, naprawdę. Nie rozumiem, dlaczego większość użytkowników ma z tym problem a potem czyta się historie typu “moja żona znalazła na moim komputerze to i to, jak jej wytłumaczyć, że to nie jest to, co jej się wydaje?”
Istnieje także stworzony wprost do tego tryb anonimowy. I ostatecznie całkowite wyłączenie zapisywania historii przez przeglądarkę. Tak, da się tak żyć, jestem na to dowodem. Mam tak ustawione od kilku miesięcy i mam się dobrze, wielka krzywda mi się od tego nie stała. Nawet eksperymentalnie włączyłam to jednej osobie, która sądziła, że nie wpłynie to na jej pracę a i mnie wydawało się, że jej sposób używania internetu jest wręcz do tego stworzony. Co z tego wynikło to już inna sprawa, tak bardzo źle się to nie skończyło.

Z jednej strony są niefrasobliwi użytkownicy, którzy nie dbają ani o zatarcie wstydliwych śladów, ani chociaż o ich skuteczne zabezpieczenie przed niepożądanym wzrokiem. Z drugiej strony są ich bliscy, którzy roszczą sobie prawa do wglądu w ich dane i to jest ta część, której nie rozumiem. Tak naprawdę nie rozumiem.
Jeśli ktoś, kto to przeczyta, sam wyznaje taką filozofię, byłabym bardzo wdzięczna za wyjaśnienie moich wątpliwości, skąd to się właściwie bierze.
Raz rozmawiałam z człowiekiem, który uważał, że w małżeństwie, zwłaszcza wieloletnim, nie powinno się mieć przed sobą żadnych sekretów. O ile zrozumiałam, nie stosował tego samego podejścia wobec dzieci. No cóż, też uważam, że w związku dojrzali emocjonalnie ludzie powinni być szczerzy i mieć do siebie zaufanie, ale chyba gdzieś jest granica absurdu. Kontrola jako najwyższy poziom zaufania? (Też nie pamiętam, kiedy i w jakich okolicznościach usłyszałam to po raz pierwszy)

Na razie dochodzę do wniosku, że naprawdę duża grupa ludzi traktuje takie podejście jako normę i nie dostrzega w tym nic dziwnego. Wyznania z obu stron, zarówno osób przeszukujących cudze urządzenia jak i ofiar, rzadko kiedy wzbudzają prawdziwe oburzenie czy chociaż uzasadnione wątpliwości w tej kwestii. Czasem się zastanawiam, czy to świat oszalał, czy to jednak ze mną jest coś nie tak.

Nastolatkom, którzy wiedzą, że przejrzenie ich historii wyszukiwania albo wiadomości może przynieść jakieś nieprzyjemności w rodzinie (czy to z powodu orientacji seksualnej, poglądów innych niż reszta rodziny, zmiany albo porzucenia religii), pozostaje chyba tylko nauczyć się zabezpieczać. Trochę to brzmi jak techniczne rozwiązywanie problemów natury psychologicznej i społecznej, ale czasem chyba nie da się inaczej. Gdzieś pod artykułem w którymś technicznym portalu jeden z czytelników napisał w komentarzu, że ludzi powinno się uczyć kryptografii od przedszkola. Wygląda na to, że miał rację.