Prześladowana większość czyli wrażliwe uczucia religijne
Miałam to pisać jako kontynuację innego postu zaplanowanego na przyszłość albo wręcz jego część. Piszę to teraz, być może dlatego, że nadal czuję się dotknięta niesprawiedliwością, która spotkała mnie już dłuższy czas temu, kiedy zupełnie bezprawnie zostałam zmuszona do ukrywania swojego poparcia dla protestów przeciwko nieludzkiej ustawie antyaborcyjnej. Nie tylko mnie to spotkało, jestem świadoma, że wielu innych naraziło się na nieporównywalnie większe nieprzyjemności.
Co jakiś czas słyszę i czytam o lewicowych płatkach śniegu na tym złym zdemoralizowanym Zachodzie, który według tego co mówią w publicznych mediach, już dawno powinien upaść pod ciężarem własnej dekadencji. Jak dotąd Europa Zachodnia istnieje nadal i nic nie wróży rychłego końca świata. Tymczasem w naszym wspaniałym, mlekiem i miodem płynącym raju mogłam czytać o kuriozalnych sytuacjach takich jak:
- pobicie nastolatki za farbowane na różowo włosy - prawdopodobnie wskutek jakiegoś bardzo luźnego i pośredniego skojarzenia z tęczą i środowiskami LGBT,
- szukanie owej groźnej, znienawidzonej tęczy w nowej ikonce aplikacji Messenger,
- usilne próby usuwania tęczy z mediów publicznych, żeby przypadkiem widzowie jej nie zobaczyli - a jeśli jednak jakaś nieocenzurowana tęcza się prześlizgnie, należy ukarać winnych i wyrzucić ich z roboty
Nie kupuję w przypadku rozpaczliwej walki z tęczą uzasadnienia (swoją drogą anachronicznymi i nonsensownymi w cywilizowanym kraju w XXI wieku) przepisami o obrazie uczuć religijnych. Co społeczność LGBT ma w ogóle wspólnego z religią, jakąkolwiek, dowolnym związkiem wyznaniowym? To zupełnie odrębne kategorie. Niezależne aspekty tożsamości człowieka, których nie powinno się zestawiać jako przeciwieństwa. A jeśli oburzeni widokiem tęczy naprawdę są tak jednowymiarowi, że posiadają tylko jedno wolne pole na określenie swojej tożsamości i nie mają miejsca na nic więcej, to głęboko współczuję i uprzejmie proszę o niemierzenie innych swoją miarą.
W ciągu ostatnich dwóch szalonych lat zdarzały się w naszym raju także bardziej bezpośrednie religijne wojenki:
- próba zdyskredytowania kobiecej grupy artystyczno-charytatywnej „Wiedźmuchy" za nazwę, która oburzonym skojarzyła się z okultyzmem,
- nieudana próba odwołania festiwalu kolorów, rzekomo nawiązującego do hinduistycznych bóstw, w rzeczywistym kontekście będącego tylko atrakcją dla dzieci i młodzieży…
i wisienka na torcie (dosłownie), czyli czy zjedzenie ciasta z wizerunkiem Jana Pawła II jest obrazą uczuć religijnych… oraz finansowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości “naukowe” badania nad… memami. Aż czasami nie chce mi się wierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Poza tym chyba spora grupa polskich katolików zapomniała, że w kraju mogą być osoby wyznające inne religie, a także wspólnoty neopogańskie i ludzie praktykujący okultyzm. I absolutnie nie ma w tym nic złego a konstytucja gwarantuje nam wolność wyznania i praktykowania. I nie, te osoby nikogo nie obrażają ani nie atakują. One zwyczajnie istnieją. I nie „obnoszą się” z jakimikolwiek symbolami ale po prostu korzystają ze swoich naturalnych praw.
I to wy, drodzy nadgorliwi katolicy, wiecznie urażone, prześladowane, delikatne płatki śniegu, stale macie z tym jakiś problem. Nie potraficie zachować się jak ludzie dojrzali emocjonalnie i zaakceptować, że społeczeństwo składa się z różnych grup, przyjmujących odmienne wartości i światopogląd. Tak jak wy możecie manifestować swoją wiarę i przynależność w przestrzeni publicznej (ośmielę się stwierdzić, że wręcz ją zawłaszczyliście, nie pozostawiając miejsca dla innych), tak i oni mają prawo głosić swoje poglądy otwarcie, bez prób zastraszania i uciszania. Jeśli tak trudno wam poradzić sobie z tym faktem, poszukajcie pomocy. Nie u prokuratory i w sądzie. Wam raczej potrzebne jest coś na uspokojenie nerwów i wizyta u psychiatry.