Na forach dla osób aseksualnych to stale powtarzający się motyw. Ludzie są patologizowani, bliscy, lekarze i terapeuci próbują znaleźć przyczynę ich „problemu”. Doszukują się traum z dzieciństwa, braku dobrych relacji w rodzinie, zaburzeń hormonalnych albo depresji. Bo przecież ktoś nie może być aseksualny tak po prostu, bez przyczyny. Jeśli pomimo wysiłków żadnej przyczyny nie znajdą, to może przynajmniej niektórzy zgodzą się przyznać, że to faktycznie taka orientacja seksualna a nie problem do rozwiązania. A kiedy tak się zdarzy, że osoba aseksualna rzeczywiście ma jakiś problem w życiu, tak całkiem niezależnie, bo każdego coś może spotkać… Cóż, wtedy „życzliwi” już nie odpuszczą. Powodzenia w udowadnianiu, że nie jest się wielbłądem…
Jakiś czas temu kolejny raz usłyszałam “argument”, że partie lewicowe w Polsce zajmują się tylko sprawami mniejszości, LGBT i aborcji, zamiast skoncentrować się na tematach ważnych dla ogółu obywateli. Nawet, gdyby na chwilę założyć, że ten zarzut jest prawdziwy… to czy rozwiązanie tych kwestii nie spowodowałoby ostatecznie przeniesienia centrum politycznych dyskusji gdzie indziej, właśnie tak, jak przeciwnicy lewicowych partii sobie życzą?
Gdyby tak na przykład zdekryminalizować aborcję i zakończyć toczący się całymi latami spór? Albo w końcu uregulować kwestie związków jednopłciowych, zwłaszcza, że obecnie wprowadzenie jakiejś formy związków partnerskich popierałaby znaczna część społeczeństwa. Czy zrobić coś z obecnym prawnym koszmarem, jaki przechodzą osoby transpłciowe, próbując uzgodnić płeć w dokumentach…
Nie dyskutować, nie analizować po raz kolejny, nie obiecywać kilkadziesiąt razy przed każdymi wyborami, tylko faktycznie te problemy rozwiązać, tym samym zamykając temat. A jak zostanie zamknięty, narzekający na te sprawy światopoglądowe i tematy zastępcze niezadowoleni wyborcy wreszcie powinni odetchnąć z ulgą, czyż nie? W końcu przyjdzie czas na Ważne Sprawy, które interesują większość obywateli…
…poza tym, że przynajmniej na razie nie jestem tak dobra jak profesjonaliści i nie potrafiłabym zagwarantować przewidywalnej jakości swoich prac.
Rysować zaczęłam w latach szkolnych, ale nie robiłam tego regularnie. Raczej wyrywkowo, od czasu do czasu, kiedy akurat miałam w głowie myśl albo ideę, którą najlepiej było mi wyrazić akurat w taki sposób. Kiedy studiowałam, rysowałam jeszcze rzadziej, trochę zmieniło się to w 2016, kiedy zaczęłam śledzić kilka internetowych komiksów o programistach, ale bardziej serio zaczęłam to traktować w 2019. Wtedy akurat miałam wokół siebie mnóstwo źródeł przypadkowej inspiracji, hermetycznych żartów wśród znajomych albo sytuacji, które aż prosiły się o satyrę. W 2020 odważyłam się wreszcie przejść z kartek i długopisu na tablet graficzny. Próbując opanować nowe narzędzie, siłą rzeczy zaczęłam tworzyć dużo częściej.
Przy okazji tworzenia drugiego wpisu o degoogle zdałam sobie sprawę, że od pozbycia się Google z mojego życia trochę czasu upłynęło. W pierwszym wpisie wspominałam o tym, że jeszcze inne korporacje w niewielkim stopniu w moim życiu pozostały, nawet jeśli nie wszystkie wymieniłam wtedy z nazwy. A dwa i pół roku to wystarczająco dużo czasu, żeby wprowadzić w życie kolejne zmiany. Niektóre podyktowane troską o prywatność, inne z powodów bardziej etycznych i filozoficznych.
Odkąd pisałam o usunięciu Google ze swojego życia minęło trochę czasu. Od tamtego momentu mój dość niskobudżetowy telefon zdążył się zestarzeć i przestał poprawnie działać. Pod koniec 2021 roku zwyczajnie nie miałam wyboru i musiałam nabyć nowy.
I tu pojawił się problem – musiałam znaleźć model, który spełniałby wszystkie moje wymagania.
- miejsce na dwie karty SIM, ponieważ w ostatnich latach stałam się mocno zależna od układu dwóch osobnych kart, do funkcji telefonu i do internetu
- czytnik NFC, ponieważ mój model Yubikey to wspiera a nie miałam wcześniej możliwości używania go z telefonu
- niezbyt duży rozmiar, żeby dało się nosić go w przynajmniej niektórych kieszeniach (Swoją drogą po jakie licho kolejne modele telefonów są coraz większe? Jeśli chcę mieć do czegoś duży ekran, korzystam z komputera.)
- i oczywiście najważniejsze – względnie łatwy do odblokowania bootloader
…bo przecież nie będę używać fabrycznego systemu mocno zintegrowanego z usługami Google.
Ze względu na swój dobrostan psychiczny postanowiłam na czas nieokreślony odstawić kofeinę, w postaci dowolnej.
Ale jak to?? Przecież ty nie pijesz kawy! A herbatę może kilka razy w roku…
Owszem, ale w ostatnich miesiącach piłam colę w takich ilościach i tak często jak chyba nigdy w życiu. Włączając w to specjalną wersję według autorskiej receptury Warszawskiego Hackerspace’u, mocniejszą niż ta zwykła z marketu, i której twórcy raczej nie przewidywali, że będzie tak namiętnie spożywana przez osobę z zerową tolerancją na kofeinę. I jakby tego było mało, w tym samym okresie pijałam yerbę, średnio co drugi dzień.
To się nie mogło skończyć dobrze.
Tydzień temu zakończył się mój w zasadzie nieplanowany eksperyment w naturze, który trwał trzy lata. Zakończył się tak samo nieoczekiwanie jak się rozpoczął.
Przez trzy lata byłam dla siebie CA - dla tego serwera, który używa wyłącznie adresu IP. W czasie, kiedy zaczynałam zabawę z hostowaniem czegokolwiek w internecie (marzec/kwiecień 2019) nie miałam za bardzo innych możliwości działania w takim przypadku. Przez pierwsze miesiące po prostu używałam certyfikatów self-signed – i kiedy zaczęłam mieć na serwerze jakiekolwiek usługi na prywatny użytek, trochę rzeczy nie działało.
Że usłyszę takie pytanie, wmawiali mi już od czasu gimnazjum. Mijały lata, dorosłam, przeżyłam trochę rozmów o pracę i w praktyce usłyszałam je dwa, może maksymalnie trzy razy. Nie wiem, może to kwestia branży, może zmiana realiów albo może zwyczajnie odbyłam zbyt mało rozmów o pracę. Ale nawet kiedy to pytanie padało rzadko, trudno było mi znaleźć jakąś sensowną odpowiedź. Co miałbym powiedzieć, że wydaje mi się, że będę dalej na stanowisku, o którym rozmawiamy? Taka jest prawidłowa odpowiedź w tym teście? Czy właśnie chodzi o coś innego, powinnam snuć wizję przyszłego awansu i błyskotliwego rozwoju kariery, żeby sprawiać wrażenie osoby ambitnej?
Wiosną 2019 roku pierwszy raz celowo, i przede wszystkim systematycznie, zaczęłam pracować nad swoją fizyczną kondycją. Zwyczajnie zauważyłam, że praca biurowa nie sprzyja zachowaniu dobrej formy, zamierzałam też poprawić wydolność, która odczuwalnie się pogorszyła wskutek przeszłych problemów zdrowotnych. Co drugi dzień przebiegałam 4 do 5 kilometrów, bo tyle akurat miała główna trasa przez najbliższy fragment lasu, w te pozostałe dni ćwiczyłam około 40 minut na siłowni plenerowej. W listopadzie, kiedy krótkie dni i niższe temperatury zmusiły mnie do wstrzymania treningów na zewnątrz, miałam już naprawdę dobrą kondycję, odczuwałam też znaczną poprawę psychicznego samopoczucia. W jakimś zakresie ćwiczyłam w domu, ale przede wszystkim planowałam wznowić trening z początkiem następnej wiosny.
Miałam to pisać jako kontynuację innego postu zaplanowanego na przyszłość albo wręcz jego część. Piszę to teraz, być może dlatego, że nadal czuję się dotknięta niesprawiedliwością, która spotkała mnie już dłuższy czas temu, kiedy zupełnie bezprawnie zostałam zmuszona do ukrywania swojego poparcia dla protestów przeciwko nieludzkiej ustawie antyaborcyjnej. Nie tylko mnie to spotkało, jestem świadoma, że wielu innych naraziło się na nieporównywalnie większe nieprzyjemności.
Co jakiś czas słyszę i czytam o lewicowych płatkach śniegu na tym złym zdemoralizowanym Zachodzie, który według tego co mówią w publicznych mediach, już dawno powinien upaść pod ciężarem własnej dekadencji. Jak dotąd Europa Zachodnia istnieje nadal i nic nie wróży rychłego końca świata.
Tymczasem w naszym wspaniałym, mlekiem i miodem płynącym raju mogłam czytać o kuriozalnych sytuacjach takich jak: