Jak kiedyś tu wspomniałam, miałam w życiu kilka okresów, kiedy z różnym zaangażowaniem i determinacją eksperymentowałam z praktykami ezoterycznymi. Moim głównym celem była weryfikacja, ile prawdy kryje się w różnych teoriach i systemach wierzeń - a jeśli rzeczywiście coś miałoby w tym być, zamierzałam spróbować rozwinąć jakieś paranormalne zdolności. Cóż, pomarzyć zawsze wolno…
Ostatni taki okres w moim życiu przypadł na czas studiów i zakończył się całkowitym odrzuceniem wiary w rzeczy nadprzyrodzone. Na koniec, jakby na podsumowanie mojego długiego eksperymentu, zafundowałam sobie krótki kurs Metody Silvy na poziomie podstawowym.
Koniec roku 2020 postanowiłam uczcić dotacją na EFF (Electronic Frontier Foundation), organizację zajmującą się prywatnością i prawami człowieka w cyfrowym świecie. Zrobiłam to trochę pod wpływem chwilowego impulsu, zachęcona znalezionym linkiem do końcoworocznej akcji, trochę wskutek wewnętrznej potrzeby, którą odczuwałam już od dłuższego czasu. Kiedy w minionym 2020 roku w większym niż wcześniej stopniu zainteresowałam się wieściami z kraju i świata, zarówno politycznymi jak i technicznymi, poczułam, że sama również powinnam się zaangażować. Dołożyć swoją cegiełkę na miarę możliwości, zrobić coś więcej niż tylko z przerażeniem i rezygnacją obserwować jak świat, społeczeństwo i technologie zmierzają w coraz bardziej niepożądanym kierunku. Przypadek sprawił, że natrafiłam na ogłoszenie publikowane przez organizację, której wartości wspieram.
W związku z wydarzeniami ostatnich dni zmagam się z silnymi i raczej nieprzyjemnymi emocjami. To jest chyba ten moment, kiedy resztki iluzji stabilności rozpadają się z donośnym hukiem. Niemal od początku epidemii w Polsce (a może nawet jeszcze wcześniej?) widziałam, jak coś się zmienia, jak wśród osób publicznych coraz mniej było wysiłku, żeby chociaż sprawiać pozory elementarnej przyzwoitości. Prawie nikt nie starał się już udawać, rzeczy, które wcześniej wydawałyby się nie do pomyślenia, dokonywały się zupełnie jawnie, w świetle dnia. Powiedziałabym wręcz, że z zuchwałą dumą.
W tym wypadku nawet nie myślę o prywatności w makroskali, czyli tych wszystkich usługodawcach, którzy traktują użytkowników jako “cyfrową biomasę” (nie pamiętam już gdzie pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem, zapamiętałam je z tego artykułu Fundacji Panoptykon). Coraz częściej zauważam średnio zrozumiałe dla mnie zjawisko w skali mikro, w gronach osób sobie bliskich, przede wszystkim w rodzinach i w związkach. Z jakiegoś dziwnego powodu spora grupa ludzi uważa, że bliskie relacje z automatu dają uprawnienia do nieograniczonego wzajemnego wglądu w swoje dane.
Na forach co jakiś czas natykam się na opowieści użytkowników o tym, jak to mąż albo żona przejrzeli ich elektroniczną korespondencję albo historię przeglądarki. Młodzież martwi się tym, co matki znalazły w ich telefonach, czasem także innych urządzeniach. Klasyczne pamiętniki pisane na papierze także padają ofiarą nadmiernie ciekawskich rodziców. W końcu osobiście byłam świadkiem rozmowy, w której jedna z osób mówiła, że nie chce zaglądać na tę czy inną stronę, ponieważ jej druga połówka może to zobaczyć w historii…
Ehm, człowieku, czy to Twój telefon i Twoja przeglądarka?
W czasach błędów i wypaczeń, kiedy bawiłam się na pograniczu ezoteryki i teorii spiskowych, w pewnym momencie musiałam dotrzeć do teorii powiązanych z osobą Nikoli Tesli. Po lekturze kilku blogów i obejrzeniu opublikowanych w sieci filmów byłam skłonna uwierzyć w przynajmniej niektóre z historii dotyczących tego wynalazcy. Obecnie pamiętam kilka z nich.
- Nikola Tesla miał podróżować świadomością poza fizyczny świat do światów równoległych, gdzie kontaktował się z duchowymi istotami.
- Część jego wiedzy miała pochodzić od owych istot, pod koniec kariery i życia Tesli mówiono, że otrzymuje on informacje od kosmitów (co w jakimś stopniu wynalazca potwierdzał osobiście).
- Oprócz tego miał doświadczać wizji (być może wiązało się to jakoś z realnym zjawiskiem synestezji oraz odmiennymi stanami świadomości - hipnotycznymi lub medytacyjnymi).
- Według niektórych wersji był medium, kanałem, wykonawcą woli wyższych sił, narzędziem w ich rękach.
- Rzekomo przewidział katastrofę Titanica i powstrzymał przed podróżą swojego przyjaciela, ratując w ten sposób jego życie.
Z pewnym zażenowaniem i rozbawieniem wspominam swoją fascynację tym człowiekiem nie ze względu na jego realne odkrycia i wynalazki, ale dlatego, że uznawałam go wówczas za mistrza okultyzmu, wtajemniczonego, mistyka powiązanego z nadprzyrodzonymi siłami, nad którymi panował. Któregoś roku, 10 lipca, z okazji rocznicy urodzin Nikoli Tesli napisałam wiersz na jego cześć - czy może raczej na cześć owej ezoterycznej wersji jego osoby.
…i reklama. Przepraszam, nachalna reklama. Oraz IDEOLOGIA. W ostatnim czasie nie było praktycznie ani jednego dnia, kiedy gdzieś nie usłyszałbym albo nie przeczytała o “ideologii LGBT”. Strasznej, złej, niebezpiecznej ideologii, pochodnej komunizmu (albo też marksizmu, już trochę za tym nie nadążam), która podstępem przenika z zepsutego zachodu do naszego bogobojnego kraju, żeby zdemoralizować kolejne pokolenia.
I słowo stało się ciałem… to znaczy, chciałam powiedzieć, kłamstwo powtórzone odpowiednio wiele razy stało się prawdą. Obecnie nawet osoby, które nie popierają rządzącej partii, jej przeciwnicy, ludzie w innych dziedzinach życia myślący rozsądnie, zaczynają w jakimś stopniu w to wierzyć. Sama osobiście słyszałam od osób, po których raczej się tego nie spodziewałam, że poważnie obawiają się tej ogłaszanej przez megafony i krzykliwe plakaty przymusowej edukacji seksualnej w przedszkolach, wskutek której dzieci staną się gejami. Te same osoby jednocześnie dopuszczały myśl, że orientacja seksualna jest wrodzona i mówiły zdecydowanie, że nie chcą, żeby ich dzieci “wychowano na gejów”. Mistrzowski poziom dwójmyślenia, który chyba nawet Orwellowi się nie śnił.
W związku z ostatnimi wydarzeniami w USA, obecnie w mediach podnoszony jest temat rasizmu - przynajmniej na tę chwilę, zanim uwagę świata zwróci jakiś kolejny problem. Nie zdziwiłoby mnie to, biorąc pod uwagę, że bieżący rok co chwilę czymś zaskakuje i to raczej w mało pozytywnym znaczeniu. Jest jak najbardziej naturalne, że obecnie ten temat jest na tapecie, prowokuje dyskusje i powoduje różne reakcje. Niektóre w oczywisty sposób wydają się pozbawione sensu i wyższego celu, jak w przypadku emocjonalych wpisów młodych ludzi na Twitterze. Inne budzą we mnie mieszane uczucia, jak decyzja jednego ze współtwórców Reddita o odejściu z grona administratorów, aby jego miejsce zajął czarnoskóry kandydat.
Niedawno, przeglądając polską część Reddita w celu zaktualizowania wiedzy o sytuacji epidemiologiczno-politycznej w kraju, natrafiłam na takie cudo.

Czytając komentarze, których na początku było niewiele, uświadomiłam sobie jak wiele z padających w nich zarzutów byłoby równie trafnych, gdyby skierować je pod adresem Kościoła Rzymskokatolickiego.
W ciągu następnych kilku dni trafiłam na artykuł o małżeństwie oszukanym przez rzekomą wróżkę, która manipulując swoimi klientami w ciągu kilku lat wyłudziła od nich kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wcześniej ta sama wróżka oszukała kilka innych osób na duże sumy.
…obecnie, kiedy sama bawię się w rysowanie, z uporem przyglądam się i analizuję w jaki sposób zostały one narysowane.


Powyższe to prace użytkownika SerAntwon na Reddicie.
Swoją drogą, kiedy ostatnio przeglądałam najnowsze rysunki Żartownisia Ponurego, znów ubolewając nad tym, że prowadzi on artystyczną działalność na Facebooku i Instagramie, a na własnej stronie ma jedynie sklep, zauważyłam interesującą rzecz. Na stronie tego sklepu, pośród opcji dostępnych dla zarejestrowanych użytkowników, znajduje się Prośba o bycie zapomnianym. Według opisu na stronie umożliwia to usuwanie zapisanych w sklepie danych osobowych.
Jeśli rzeczywiście to tak działa, bardzo szanuję za wprowadzenie takiej możliwości.
Mniej więcej dwa lata temu, w dość ponurym nastroju spowodowanym moimi ówczesnymi osobistymi problemami, słuchałam muzyki z internetu w sposób dość chaotyczny, wybierając zespoły i utwory, które wydały mi się w ten czy inny sposób “agresywne”. Nawet nie szukałam metalu, który nasuwałby się na myśl na pierwszym miejscu, a przynajmniej nie koncentrowałam się głównie na tym. Podstawowym kryterium, jakim się kierowałam, była treść. Wybierałam utwory mówiące o gniewie, zemście, śmierci, wojnie i zniszczeniu… Cóż, spora część utworów metalowych mogłaby także załapać się do podanych kategorii. Ale wtedy akurat głownie natrafiałam na rap. Któregoś dnia znalazłam tak ten utwór.