Tak się składa, że dzisiaj upływają dwa miesiące od czasu, kiedy ostatecznie usunęłam swoje konto Gmail - i Google z mojego życia.
Wszyscy robią degoogle - robię i ja!
Jeśli mam być szczera, nie odczułam w sposób szczególny samego momentu faktycznego zamknięcia konta, nie zauważyłam, że przekroczyłam jakąś ostrą granicę konkretnego dnia. Dużo bardziej zauważalne były kolejne kroki prowadzące do tego, żebym mogła ze spokojem ducha nacisnąć odpowiednio opisany przycisk na stronie zarządzania kontem.
Ostatnio bliska mi osoba zastanawiała się, dlaczego w swoim wpisie dotyczącym Halloween nie wspomniałam nic o Dziadach jako o prawdziwie naszej tradycji. Dlatego ten krótki wpis z okazji świąt ostatecznie będzie inny niż pierwotnie zaplanowałam.
Trochę słowiańskich klimatów…
Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to taka współczesna artystyczna interpetacja. Podobnie zresztą jak obecne ruchy rodzimowiercze i wszelkie próby rekonstrukcji obrzędów naszych przodków.
Nie byłabym szczególnie zdziwiona, gdyby okazało się najbardziej autentyczne elementy kultury słowiańskiej oraz pokrewnych przetrwały do czasów współczesnych w postaci tradycji świątecznych asymilowanych przez chrześcijaństwo. W nawiązaniu do wpisu o Halloween mogłabym w tym momencie przewrotnie spytać, kto tu komu pierwszy narzucał obcą kulturę…
Ostatnio wiele razy zdarzało mi się słyszeć, że obecnie praktycznie żyjemy w cyberpunkowej antyutopii, gdzie bogiem jest pieniądz, władzę przejmują (a może nawet już przejęły?) bezduszne i nieetyczne korporacje, gdzie każdy nasz krok i każde działanie jest śledzone i analizowane. Podobne uwagi raczej nie nastrajają mnie optymistycznie, czasami mam wrażenie, że pozostaje tylko uznać, że ten świat zmierza coraz szybciej ku katastrofie i nie można zrobić nic, żeby temu zaradzić.
Miałam w życiu okres, kiedy namiętnie czytałam literaturę okultystyczną i satanistyczną w nadziei na to, że pośród setek rozmaitych teorii odnajdę niewielkie ziarno prawdy i odkryję istnienie czegoś nadprzyrodzonego. W moje ręce wpadła między innymi twórczość Aleistera Crowleya, rzekomo maga a na pewno członka jednego z okultystycznych zakonów i założyciela kolejnego. Z przyczyn dla mnie samej nie do końca jasnych wyjątkowo spodobał mi się Hymn do Pana. Wielokrotnie podejmowałam próby napisania własnej jego wersji, ostateczne efekty nie do końca mnie zadowoliły.
Jak co roku przychodzi ten piękny dzień, 31 października… I jak co roku zaczyna się na nowo.

We wszystkich polskich mediach - oraz w kościołach - z rocznego snu nagle budzą się tłumy oburzonych, krzyczących o tym, że Halloween jest złe i dlaczego w naszym kraju nie należy owego “szatańskiego święta” obchodzić. Tak, główne argumenty przeciwko Halloween opierają się o domniemany związek owego świętowania z szatanem. To nic, że korzenie tego święta sięgają dużo wcześniej niż chrześcijańska wizja diabła, wszystko, co wywodzi się z obcej kultury musi być w ten czy inny sposób związane z demonami i oddawaniem im czci. Dotyczy to zresztą nie tylko świąt i zjawisk kulturowych, które na drodze luźnych skojarzeń można łączyć z czymś umownie zwanym duchowością. Dla niemiłościwie panującego nam okupanta, zwanego też Kościołem Rzymskokatolickim związek z szatanem musi mieć każda rzecz, która po prostu zdobywa popularność. Był już czas Harry’ego Pottera, w pewnym momencie oberwało się Hello Kitty i innym dziecięcym zabawkom, teraz jestem zaskoczona, że można doszukać się także drugiego, trzeciego i kolejnego dna w antystresowych kolorowankach dla dorosłych. Nawiasem mówiąc sama trochę tych kolorowanek posiadam, od prawie trzech lat kurzą mi się na półce, bo nie mam czasu, żeby do tego usiąść. A może powinnam, jeżeli to naprawdę pomaga na stres…
O geocachingu pierwszy raz usłyszałam jesienią 2016 roku. Była to tylko krótka wzmianka, że istnieje takie coś, rodzaj gry terenowej, w której należy czegoś szukać. Padło coś, co trudno nazwać propozycją, że zbierze się mała grupka zainteresowanych i zaczniemy szukać. Ostatecznie na wzmiance wtedy się skończyło. Zbliżała się zima, później miałam liczne problemy, które na półtora roku praktycznie całkowicie mnie zaabsorbowały, był to również czas istotnych zmian w moim życiu. Naturalnie w takich okolicznościach łatwo zapomnieć raz zasłyszaną drobnostkę.
Kolejny wiersz, napisany jakiś czas później, na początku 2010 roku, również inspirowany czymś, co omawiane było na lekcji języka polskiego. Tym razem źródłem natchnienia stał się wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera Evviva l’arte! w połączeniu z dziwnymi stanami emocjonalnymi, które w tamtym okresie dość często mi towarzyszyły - i może z małą domieszką Stowarzyszenia Umarłych Poetów. Tak powstała moja własna jego wersja.
Wy także to znacie
Gdy w niebo spojrzę, czasem dziwny smutek mnie ogarnie
I głód czuję i jednocześnie przy tym wiem, że żyję
Jestem jak kwiat, tak bliski tego, by zmarnieć
Ale brak tego uczucia jeszcze prędzej mnie zabije
Czy można tak bardzo zatopić się w przestrzeni,
Aby wylać łez morze, a płakać - radością?
Odpowiedzi mam czekać od poetów zmarłych cieni?
Patrzę na świat waszym wzrokiem i waszą miłością
Piszecie, że niebo kochacie, a ja kocham burzę,
Która jest jego częścią, wy deszcz miłujecie,
Który jest burzy następstwem... Niebo jest za duże,
By je wzrokiem ogarnąć, więc jak je sercem ogarniecie?
Kochacie kwiat na drzewie, a gdy on przekwitnie,
Pozostaną kolce, które ja do serca tulę
W waszej pamięci on nadal żyje aksamitnie,
A ja do czarnego drzewa chcę, a nie potrafię mówić czule
Dajcie mi wasze słowa, by za mną świadczyły,
Dajcie słowa, którymi wy to wszystko nazywacie
Nie pierwsza to czuję, powiedzcie zza mogiły,
Że wy także już od dawna to znacie
Bo przeciw wam także spiskował cały świat,
Pragnąć z waszym wewnętrznym pojednać się światem
Za jego głosem szliście, każdy z was był rad,
Nie myśląc, że w oczach innych może być wariatem
Stój! Dokąd idziesz? Tu nie ma niczego
Lepiej planowaniem zajmij się przyszłego losu!
A ja wolę iść za głosem serca mego!
Głupcze, czy nie słyszysz, że żadnego nie ma głosu?
Niech drwią ze mnie tam, w pustym świecie swoim
Mogę zamilknąć, bo nie chcę z wami dłużej gadać
Żadne prawo nie nakaże mi, że wrogom moim
Muszę z mojej miłości się spowiadać
Mogę z serca jak z ziemi wyrosnąć trawą
Mogę upić się błękitem odbitym w rosie
Bądź jednocześnie sensem życia i zabawą
I wołaj, krzycz we mnie, mojej duszy głosie!
Krzyczcie, poeci we mnie, moimi ustami,
Bo ja słów dobrych nie znam i nikt mi nie wierzy
Z trwogą, drżąca, klękam przed wami,
Bo cześć i chwała wam się należy!
Upadam przed wami na kolana
Każdy w mym sercu jest jak dobry przyjaciel,
Bo nie ja pierwsza jestem opętana
I sama nie jestem, wy także to znacie
PS. Dopiero ostatnio dowiedziałam się, że powieść powstała na podstawie filmu, wcześniej długo byłam przekonana, iż było odwrotnie.
Natchnieniem dla tego wiersza, napisanego w 2009 roku, był obraz Jacka Malczewskiego Artysta i Chimera, zamieszczony w podręczniku języka polskiego jako ilustracja do tematów związanych ze sztuką Młodej Polski. W tym momencie nie potrafiłabym sobie przypomnieć, jaka została nam wtedy przedstawiona właściwa jego interpretacja. Ja praktycznie natychmiast stworzyłam całą historię o demonie, czymś w rodzaju sukkuba, którego misją było karanie i psychiczne dręczenie niewiernych mężczyzn. Demon ów miał ukazywać się swoim ofiarom w postaci pięknej kobiety, w swojej naturalnej formie miał dodatkowo błoniaste skrzydła, pokryty łuską ogon i gadzie łapy zamiast stóp, przy czym niezależnie od postaci był niezniszczalny a w jego żyłach płynęła nitrogliceryna. Sama nie wiem dlaczego akurat tak przyszło mi do głowy.
Pod koniec gimnazjum (2008) zainteresowałam się alchemią. Muszę wyznać, teraz z lekkim wstydem i zażenowaniem, że stosunkowo szybko zwyczajne historyczne zainteresowanie związane z moją dziedziną doprowadziło mnie na trop rozmaitych teorii spiskowych - a mój umysł w owym czasie okazał się na takowe bardzo podatny. Szczególnie wciągnęłam się w teorię związaną z “metalami w stanie M”, zwanymi ormusem lub ORME (od Orbitally Rearranged Monoatomic Elements), które ich odkrywca, David Hudson, określił jako prawdziwy, wreszcie odnaleziony Kamień Filozoficzny. Wokół owej substancji narosło wiele mitów, wiązano ją z biblijną manną - stąd Arka Przymierza, w której przechowywano próbki, rzekomo śmiertelnie raziła prądem osoby, które za bardzo się zbliżyły, metaliczny proszek bowiem miał być nadprzewodnikiem - a także z Drzewem Życia, Świętą Geometrią oraz sekretnym źródłem nieśmiertelności egipskich faraonów. Z jakiegoś powodu do tych teorii podpięto jeszcze piramidy i przypisywaną im energię, pamiętam też, że na ezoterycznych forach ktoś wspominał, jakoby w trumnach faraonów archeolodzy znajdowali zamiast ciał pewne ilości białego lekkiego proszku. Sam Hudson podczas jednego z przemówień stwierdził, że indyjski guru Sai Baba swoje nadprzyrodzone zdolności zawdzięczał nasyceniu ciała ormusem i to właśnie on materializował się jako wibhuti, święty popiół, który guru prezentował swoim wyznawcom.
Nieoczekiwanie z dnia na dzień postanowiłam w końcu zrobić porządek ze swoimi dawnymi wierszami.
Sytuacja wygądała tak, że pisać zaczęłam na początku gimnazjum. Od tamtego czasu do co najmniej połowy studiów jednyną formą, w jakiej owa amatorska twórczość była przechowywana, były kartki, głównie dziurkowane, które wpinałam do segregatora. Dwa albo trzy razy w życiu zdarzyło mi się przepisać coś na komputerze i ewentualnie wydrukować, było to wówczas, kiedy miałam oddać pracę na szkolny konkurs literacki. Poza tym uparcie trzymałam się tradycyjnej papierowej wersji. Było to dla mnie bardziej naturalne i praktyczne, natchnienie przychodziło do mnie w losowych momentach (oraz miejscach!) i łatwiej było wówczas o kawałek kartki i długopis albo ołówek niż komputer - poza tym dużo wygodniej i szybciej pisze mi się ręcznie niż na klawiaturze. Zmiana nawyków przyszła dopiero w ostatnim czasie, kiedy zdarzało mi się pisać coś na forach albo dla znajomych. Przepisywanie było wówczas nieuniknione. Miałam też okres w życiu, przypadający na część trzeciego i czwartego roku studiów, kiedy pisałam pamiętnik, od początku do końca w edytorze tekstu, akurat w tamtym przypadku nano.